Co mi dały feministki? REWOLUCJA SEKSUALNA

Źródło obrazu

Rewolucja seksualna miała wyzwolić kobiety z jarzma patriarchalnego związku i małżeńskich obowiązków wobec niewdzięcznego samca, który nic nie daje, a tylko zabiera.
Temu tematowi warto przyjrzeć się bliżej, bo okazuje się, że ten upychany ludziom na siłę do głów schemat jest silnie weryfikowany przez rzeczywistość.
Małżeństwo jest instytucją, która powinna stać na straży moralności: ochrony wartości tradycyjnych, kultu wierności i monogamii, parasola ochronnego dla dzieci, które mają prawo do mamy i taty, do spokoju, dzieciństwa i dorastania w miłości oraz poczuciu bezpieczeństwa.
Jeśli ktoś stały związek postrzega jako klatkę, to jego osobista sprawa, natomiast upadek małżeństwa w skali całego społeczeństwa ciągnie lawinowo inne konsekwencje: kobieta i mężczyzna zamiast być drużyną, grającą do wspólnej bramki, zaczynają walczyć o indywidualne interesy, a tego nie można pogodzić ze spokojem i bezpieczeństwem. Dysfunkcyjna relacja, która nie jest w stanie oprzeć się na miłości i zaufaniu, nigdy nie stworzy właściwego podłoża do wychowania zdrowego psychicznie i emocjonalnie potomstwa, które będzie znało pozytywne wzorce, do których może się odwoływać. Nie ma rodzin idealnych, każda rodzina zmaga się z własnymi problemami, natomiast patologizacja rodziny to kluczowy problem, z którym mierzy się właśnie moje pokolenie – młodzież w Polsce jest podobno najbardziej konserwatywna w Europie i zaczyna dostrzegać błędy w wyborach swoich rodziców, odwołując się coraz silniej do zapomnianych tradycji przodków, pragnąc je przywrócić i odkurzyć sferę sacrum.
Małżeństwo w którym się rywalizuje jest już z góry skazane na porażkę. Ten stan ukształtował się przez uczynienie z rozwodu sprawy oczywistej, popularnej i szeroko dostępnej – feministyczne postulaty doprowadziły do otworzenia w podświadomości ludzkiej furtki: po co się starać, po co dobierać się precyzyjnie, po co się przywiązywać, skoro tak łatwo związek może się rozpaść, prawnie zostać zniszczonym, a ja będę musiał/a żyć jakoś sam. Ludzie w małżeństwie nie są już parą ukierunkowaną na wspólny sukces, lecz myślą jak sobie poradzić, kiedy małżeństwo się skończy. Na takim straszaku jest oparty cały system przymusu pracy kobiet, która traci relacje ze swoimi dziećmi, bo musi się zabezpieczyć na wypadek rozwodu – a skoro musi się zabezpieczyć, to feministki wykorzystują niszę do walczenia o kolejne i kolejne przywileje prawne dla kobiet, co skłóca płcie ze sobą jeszcze bardziej, zamiast spajać związek.
Otwarte związki, otwarte relacje, z byle kim, byle gdzie, byle jak i bez konsekwencji – kusząca oferta, ale chyba dla ludzi pustych w środku, bez emocji, bez uczuć i pragnienia budowania. Podejście typowo konsumpcyjne – nażreć się ile się da, bez inwestycji we wspólną przyszłość, bo jej może wcale nie być.

Komentarze 3

  • Tylko, że w praktyce większość ludzi jednak bierze ślub, decyduje się na dzieci itd., osoby pozostające w takich otwartych związkach to mniejszość.
    Instytucję małżeństwa niszczą ci, którzy często pod płaszczykiem tradycji i “katolicyzmu” stosują przemoc, rodzą konflikty. Co z tego, że żyją w sakramentalnym związku,skoro nie rozumieją przysięgi. Zdrady i przemoc w związku istniały od lat i dopiero od niedawna się o tym mówi.
    Rozwodu – przynajmniej w Polsce – nie daje się zawsze, zwłaszcza gdy są dzieci. Sama chciałabym uniknąć tej opcji, ale rozumiem że czasami to konieczność. Bo widzisz, lepiej narazić się kilku tradycjonalistom niż żyć pod jednym dachem z kimś, kto niszczy ci życie, a przed ślubem był taki cudowny.

  • Generalnie coś w tym co piszę autorka jest. Ja sama, dostrzegam z bólem, że ludzie podchodzą do związku “konsumpcyjnie”. Koleżanka rozwodzi się z mężem, bo on nie dostrzega jej pasji wspinaczki wysokogórskiej. Może przedtem warto by było z nim o tym porozmawiać? Kobiety w ogóle mają tendencję do “nie mówienia o co mi chodzi”. To szalenie irytujące.
    Poza tym mam wrażenie, że niektórzy ludzie, a szczególnie kobiety, uważają, że w związku wszystko trzeba robić “razem”. Nie trzeba. Moi rodzice byli totalnie różni pod względem swoich zainteresowań i w tych kwestiach po prostu dali sobie “wolną rękę”. Dzisiaj jak mój mąż pasjonuje się np. piłką nożną to ja też powinnam według niektórych. Niekoniecznie.
    Poza tym pokolenie naszych rodziców zupełnie inaczej postrzegało role żony i męża. Najbardziej dobitnie pokazała mi to kiedyś moja mama komentując film “Sprawa Kramerów”. W latach siermiężnej komuny, gdzie kupno pieluch graniczyło z cudem, “wydumane” problemy głównej bohaterki wzbudzały wręcz powszechne oburzenie w kolejkach. Moja mama też do tych krytykantek należała. Dzisiaj jej odbiór zachowań postaci granej przez Meryl Streep jest zupełnie inny. To kwestia zmiany mentalności, większego otwarcia na innych ludzi i zrozumienia, że moje potrzeby nie są mniej ważne niż twoje.
    To, że jakieś małżeństwo trwa ze sobą- a raczej obok siebie- przez trzydzieści lat, nie oznacza, że jest to dobre małżeństwo. Wręcz przeciwnie. W rodzinie mojego męża takich “pseudo-małżeństw” jest na pęczki i oni dotrwają nawet do złotych godów nie mając pojęcia co tak naprawdę myśli i jaka jest ta druga połowa. Ja wychodzę z założenia, że ratować związek z powodu problemów finansowych, choroby, nagłego zdarzenia warto zawsze. Tkwienie przy kimś kto nas na przykład zdradził jest niedopuszczalne, chociażby dla zachowania własnej godności, choć wiem, że jestem w swoim sądzie odosobniona. Gdybyśmy chcieli tak naprawdę zgłębić ten temat to trzeba by było zrobić szeroko zakrojone badania przyczyn rozstań, tych prawdziwych, a nie tych zamkniętych w lakonicznej “niezgodności charakterów”. Wtedy pewnie okazałoby się, że choć małżeństw jest mniej, to są one bardziej udane.

  • Co to są wartości tradycyjne? Analfabetyzm? Bieda? Głód?
    W XIX wieku 80% Polaków było analfabetami a 50% Polaków nie miało butów. Czy za takimi czasami powinniśmy tęsknić?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.