Dlaczego feministki nie bronią nas przed islamem?

To, że strona znajduje czytelników, jest tylko potwierdzeniem, że mentalność feministyczna pozostaje dla wielu niezrozumiała. Dla mnie, przykładowo, zagadką jest stosunek feministek do islamu. Nie jest to jedyny przykład, kiedy ta zaburzona logika łapie swój własny ogon i ciągnie, aż wprawiona w ruch wirowy odleci w kosmos.
Z punktu widzenia normalnego człowieka (bo radykalni muzułmanie widzą to jednak inaczej), islam z założenia gardzi kobietami: zakłada, że nie mają duszy, są zależne od mężczyzn w każdej sferze życia, mąż ma prawo swoją żonę bić, pedofilia jest czymś dyskusyjnym, a nawet padały pomysły zalegalizowania nekrofilii, w ramach ostatniego pożegnania ze zwłokami żony do 6 godzin po śmierci.
Mówiąc krótko, my – Europejczycy i muzułmanie – nie dogadamy się, nawet jeśli przeciętna feministka uważa konserwatystkę za infantylną kobietę, która nie ma prawa głosu, czego tutaj rozwijać mam nadzieję nie muszę, z racji rozumnych odbiorców.
Więcej, wydawałoby się, że zgodnie z feministyczną logiką obrony za wszelką cenę praw kobiet (bez rozszerzania wątku), powinny posłać islam w diabły i pierwsze stać na granicy Europy z karabinami, w obronie swojej i mojej godności.
Tymczasem można odnieść wrażenie, że nie wolno przeciętnej feministce krytykować muzułmańskich uchodźców (w zasadzie żadnych poza chrześcijańskimi). Czy padła odgórna groźba wyrzucenia z tego wpływowego klubu? Jeśli nie, to co myśleć o kobiecie, która kryje oprawcę innych kobiet w ramach ideologicznej doktryny tolerancji? Dlaczego są tak skore pukać po każdej plebanii ze szwadronem policyjnym, w poszukiwaniu ukrytego pod podłogą Podręcznego Zestawu Księdza-Pedofila, a na jawne przypadki kobiecej krzywdy są obojętne?
Jeśli nie wiemy o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Jeśli ktoś postępuje nielogicznie, to znaczy że dla logiki jest jakaś wartościowa przeciwwaga. Feminizm dawno przestał być ruchem oddolnym, dbającym o dobro kobiet. Jest częścią wielkiego biznesu, któremu konserwatywna część narodu przeszkadza w dobijaniu targu z sumieniem świata.

Jak Facebook wypaczył obraz rzeczywistości i przedefiniował ludzi

Tematem filmu jest sposób w jaki algorytm Facebooka zniszczył samodzielne myślenie u ludzi i zdolność komunikacji z drugim człowiekiem w celu wyrobienia o nim własnego zdania. Przekaz jest krótki: nie każda kobieta jest feministką, nie każdy homoseksualista popiera Razem i Parady Równości, nie każdy Narodowiec jest faszystą, wbrew temu, co serwuje nam algorytm Facebooka i jaką rzeczywistość kreuje. Niby oczywiste, a jednak nie. Kilka słów również o umiejętności korzystania z wolności.

Czy społeczeństwo docenia kobiety?

Raczej nie. Jest to przykry, subiektywny wniosek. Społeczeństwo docenia feministki. Docenia postawy skrajnie egoistyczne i niemoralne, jak np. aborcja z powodu zbyt małego metrażu i to u pani, która nie mieszkała w zapleśniałym kartonie po telewizorze – co czasem przypominają mieszkania socjalne ubogich rodzin.
Społeczeństwo swoim przyzwoleniem na aborcję odarło kobiety z godności matki – dziś jesteś w ciąży, jutro nie, who cares. Tymczasem jest to (z biologicznego punktu widzenia) najważniejsza kobieca rola – nie ma innej kwestii w której kobieta jest tak niezastąpiona, jedyna w swoim rodzaju i unikalna, z czego wynikają jej największe przywileje. Nie ma istoty w historii ludzkości bardziej darzonej uczuciem niż matka. Dziecko, jako owoc bliskości, wiąże ludzkie losy oraz pisze nową historię. To umiejętność matczynego odczuwania jest darem od matki natury/Boga. Brzemienność (jak sama nazwa wskazuje) jest brzemieniem i darem jednocześnie. To od nas i naszego stosunku do naturalnych ról zależy, jak będzie postrzegane. Nasza postawa ma zmuszać świat do szanowania tej misji, której nie wybrałyśmy, a która wybrała nas. Ma zmuszać mężczyzn do traktowania poważnie narzuconych nam ról – ja jestem matką, Ty jesteś ojcem. Ja temu podołam, więc i Ty MUSISZ być mężczyzną, wypełniać swoje powinności, być głową, obrońcą i wojownikiem na straży naszej rodziny.
To od nas – kobiet zależy kształt społeczeństwa, bo je wydajemy na świat i wychowujemy. Nie pozwólmy by ekstremizm odbierał nam te przywileje i sprowadzał do roli to pustego, to znów pełnego inkubatora. Nie jesteś brzuchem, macicą – jesteś matką. To więcej niż się współczesnemu feminizmowi wydaje.

Feminizm nie jest lekarstwem na kobiece problemy [VIDEO APEL DO KOBIET]

Film skierowany głównie do kobiet, które nie mają jasnego stosunku do feministycznych postulatów, szukają w nim oparcia i szacunku oraz dlaczego wcale tego w feminizmie nie znajdą.

Zapewne sam film wzbudzi wiele tolerancji i poszanowania dla poglądów odmiennych niż te głównego nurtu, ale niech i tak będzie – dziękuję za każdego suba i pozytywne łapki!

 

Masz prawo do własnych wyborów i swojego życia, pod warunkiem, że wpisujesz się w nowoczesny kanon – MAMO MUSISZ DO PRACY!

Na początku prowadzenia strony na Facebooku popełniłam krótki wpis na temat matek, które w domu tzw. “siedzą”. Wracam do niego dziś, skoro strona jest zamknięta przez cenzurę, to przeleję wszystko powoli na oficjalną stronę, dzięki temu nie zginie.

Warto poruszyć oklepany temat nic nie robiących matek siedzących w domu z dziećmi. Najlepiej odpuścić sobie zdania “ekspertów” i wziąć pod lupę słowa zwykłych bohaterek, które codziennie spotykają się z ostracyzmem, ponieważ nie realizują się zawodowo – nie muszą, nie chcą, ich priorytety i możliwości są inne, a przez to ich wartość i rola w społeczeństwie są umniejszane.

Idąc torem wolnościowego sposobu myślenia – to rodzina rozdziela role i decyduje o tym, czym zajmują się jej członkowie. W praktyce panuje jednak nacisk, aby kobiety były supersamicami – rodziły dzieci, wychowywały je bez niczyjej pomocy, a nierzadko jeszcze dopieszczały po drodze męża i do tego realizowały się zawodowo. Ilu ludzi, tyle opinii, nie można zadowolić wszystkich, jednak coraz większe parcie na konieczność pracy zarobkowej kobiet “bo tak”, bywa toksyczne dla rodzin.
Pracujemy, by mieć pieniądze, godnie żyć, na wysokim poziomie. A jeśli mąż jest w stanie zaspokoić potrzeby rodziny swoją pracą i żona decyduje się na pozostanie w domu? Ile wykrzywionych twarzy rzuci pod nosem “darmozjad”, “leniwa”, “a co ona będzie w domu robić”. Jak gdyby wartość człowieka zaczynała się i kończyła na tym, ile pieniędzy do domu przyniesie. Praca jest ważnym elementem życia ludzkiego, z pracy żyjemy my i rodzina, praca wytwarza wszelkie dobra, którymi się otaczamy. Natomiast nie każda praca jest przeliczalna na pieniądze – ba, kiedy usiłujemy ją przeliczyć, kalkulując ile by kosztowała sprzątaczka, kucharka, niania i każda inna pomoc domowa, to okazuje się, że praca kobiet mogłaby być ceniona wyżej niż to, co mężczyzna jest w stanie zarobić. Dla wielu to ciągle zbyt słaby argument, by dać kobietom i rodzinie żyć swoim rytmem i demonizują indywidualne wybory małżeństwa. Teściowe bywają bardzo pomocne, kiedy trzeba chronić synów przed ich pazernymi, leniwymi żonami.

Tymczasem apel do społeczeństwa jest od zawsze jeden i ten sam: to rodzina decyduje, kto przejmuje jakie obowiązki. To Państwo decydujecie, kto pracuje, a kto zostaje w domu, kto wynosi śmieci, a kto gotuje obiad. I nie powinniście Państwo się przed nikim tłumaczyć i czuć się winni. Niżej kilka słów od konkretnej osoby, która w jednym ze swoich postów opisała swoje “leniwe, wygodne życie” we wpisie na MamaLife.pl

Jeśli jesteś Mamą, która pracuje w domu, nie daj sobie wmówić, że jesteś gorsza. W dzisiejszych czasach utarło się, że Kobieta musi mieć 100 twarzy. Musi ogarniać dom, być Mamą, Żoną, Kobietą, Ale też Niańką, Kucharką, Ekspertem od DIY. Musi się znać na rachunkach i bankowości. No i oczywiście MUSI przynosić do domu pieniądze. Bo równouprawnienia chciałyśmy? To mamy. Dlatego powstały żłobki i punkty całodobowej opieki nad dzieckiem. Bo Mama musi wracać do pracy. Najszybciej jak się da. Oczywiście kiedy nie ma innej opcji i praca kobiety to must have, to nie ma gadania. Ale gdyby praca, była jedynie Twoją aspiracją to daj na luz. I pomyśl. Ileż cudownej pracy wykonujemy my wszystkie w domu. Pracy za zamkniętymi drzwiami. Pracy, za którą nikt nam nie płaci. Pracy, która wydaje się być niezauważona. Zobacz też, ile wysiłku wymaga to wszystko od kobiety, która dodatkowo pracuje na etacie. Ona ma do ogarnięcia wszystkiego tylko kilka godzin … gdy padnięta, zestresowana wraca z roboty do domu …

I choć lubię samorozwój … ja znalazłam sposób na to, by pracować w domu. Może i Tobie się uda? Może masz ukryte talenty, które w Tobie drzemią i czekają tylko, aż je wykorzystasz? Może uda Ci się na nich zarobić?

Ale nawet jeśli życie zweryfikuje Twoje plany, ciesz się każdą minutą „domowej pracy”. Bo dzięki niej jesteś z dzieckiem 24 godziny na dobę. Widzisz pierwszy uśmiech, pierwsze kroczki. Ty. Nie – nikt inny. I uwierz mi, Mamusie, które pracują dałyby dużo, by się z Tobą zamienić. Więc piersi do przodu, cycki w górę i z dumą mów, że jesteś „domową kurą”. W dodatku sexowną kurą 🙂

A! I ja też czasem padam na pysk. Ale jestem szczęśliwa 🙂

Źródło obrazu

Historia jednego dziecka – CZY W LUDZIACH COŚ PĘKŁO? NIE DLA UPAŃSTWAWIANIA LUDZI

Stawiam sobie to pytanie, jest ono dla mnie osobiście bardzo ważne. Alfie Evans przez swoją męczeńską walkę z okrutną machiną bezdusznych urzędników stał się symbolem. Oczywiste było, że tę walkę przegra – ciało schorowanego chłopca nie mogło długo mierzyć się z interesami ludzi możnych, a to jedyny wniosek jaki mi się nasuwa: w śmierci Alfiego ktoś musiał mieć interes, czy to organy, czy zatajenie prawdy, to już kwestia drugorzędna. Istotne jest to, że Wielka Brytania, Theresa May, królowa Elżbieta II i cały zgniły aparat urzędniczy na to pozwolili. Pewnie nie mieli większego interesu, by nie pozwolić. Co z tym zrobią Brytyjczycy? Co z tym zrobimy my?

Te pytania wydają mi się ważniejsze, ponieważ mam takie poczucie, że pod płaszczykiem demokracji i tolerancji, wypaczenia moralności etyki uwierzyliśmy, że era niewolnictwa się zakończyła. Ona trwa sobie w najlepsze, przykład Alfiego to tylko jeden z wielu, zostały tu złamane wszystkie z możliwych praw jego i jego rodziców. W majestacie obowiązujących przepisów, przy milczeniu brytyjskich możnych. Czy będzie tak jak z zamachami? Przepraszam, “incydentami”? Czy przywykniemy do próby usypiania ludzi jak bezpańskie psy, a gdy jeszcze zwierzę jedne walczy, bo bezczelnie chce żyć, to zakażemy mu jeść? Czy jest na to społeczna zgoda?
Zjednoczenie tak wielu środowisk w imię tej sprawy daje mi nadzieję, że nie – tylko czy wyciągniemy z niej wnioski. Czy kiedy już opadną emocje, racjonalnie będziemy umieli zauważyć analogię pomiędzy obecną sytuacją Europy Zachodniej a naszą niechybną przyszłością, czy ten racjonalizm pchnie nas ku jawnemu sprzeciwowi – NIE DLA UPAŃSTWAWIANIA LUDZI. Czy zasiądziemy teraz przez telewizorem i zapomnimy? Pośrednio na pewno, bo nie dałoby się żyć bez przerwy rozdrapując niepokój, ale czy udało się tej sytuacji wreszcie wybić wyrwę w mentalności homo sovieticus? Czy zaczniemy się zastanawiać w czyje ręce oddajemy swoją wolność jednostki – jedną z najcenniejszych rzeczy – w zamian za święty spokój? Za niezadawanie pytań? Czy chcemy sobie bezpiecznie żyć w wytapetowanych inkubatorach, zanim ktoś zapuka do drzwi i oznajmi, że nasz czas się skończył, a jak nam się nie podoba, to nas wyniosą? A rządzący przemilczą, oby do jutra? A potem następny i następny.

O co mi się w zasadzie rozchodzi przy tych wypocinach: Twoje zdanie się liczy, Twój sprzeciw jest ważny, Twoja opinia też. To demokratycznym politykom zależy byś myślał, że nic zmienić nie możesz, abyś nie protestował i raz na cztery lata wykonał jeden ruch motywowany jakąś dziwną rozpaczą, która rośnie i rośnie. To lobby interesów za cel przyjęła podsuwanie łatwego i zjadliwego tematu, byle zatkać ludziom usta byle czym, oby tylko nie drążyli, bo to dla tych na górze nie jest dobre. I tak niewolnik dostał więcej, niż przydział przewiduje. Puścimy spot w telewizji i w internecie, wykreujemy w nim lęk i potrzebę a potem sprzedamy mu lekarstwo, żeby poczuł się dobrze. Bezpiecznie. Dopóki nie zapukają po sąsiada.

Tematyka sprzeciwu poruszana tutaj jest analogią wszystkiego – nasze wybory mają znaczenie: co jesz, co oglądasz, z jakiego portalu korzystasz. Nie możesz myśleć, że ty jeden nic nie zmienisz. Sto tysięcy takich jak ty to armia i potrafi zdziałać wiele dobra właściwymi decyzjami.

Apel końcowy: nie zmarnować tej walki, którą Alfie prowadził, tej nowej świadomości, przepchnięcia się przez próg obojętności na samych siebie, bo to o gatunek ludzki tu przecież chodzi, nie zaprzepaścić nowych horyzontów i przyjaźni we wspólnym boju o odzyskanie elementarnych praw dla każdego człowieka. Nie czekaj aż ostatni pociąg ku wolności odjedzie, bo zostaniesz tu sam. I wtedy przyjdą.

Link do obrazu

Jak ludzie mogli być zdolni do holocaustu? – SPRAWA ALFIEGO EVANSA

Jako dziecko i nastolatka byłam zapaleńcem historii – do dziś jestem, choć hobbystycznie, nie skupiając się na datach, raczej chłonąc wydarzenia, akcję i analizując rezultaty. II wojna światowa była dla mnie tematem fascynującym przez pewien czas – na etapie nieświadomości. Taka fascynacja skalą okrucieństwa i ciekawość granicy ludzkiego zła jest chyba dość typowa dla bardzo młodych ludzi, których wyobraźnia ogranicza się do abstrakcji – przeszłości, w poczuciu względnego bezpieczeństwa, w braku wizji zagrożenia. Takie osoby nie zawsze umieją przełożyć konkluzję na to, co ich otacza, bo po prostu świat jeszcze za mało znają, za mało rozumieją – nie rozumieją polityki, prawdziwych ludzkich intencji, wydaje im się, że rozumieją, a tak naprawdę odbija się to od nich jak echo przeszłości. Zrozumienie przychodzi z wiekiem, kiedy dociera do nich, że nie jesteśmy wolni od przeszłości, w każdej chwili może powrócić.

Osobiście dostrzegam paradoks wiedzy współczesnego człowieka: wcale nie chroni go przed wpadaniem w te same pułapki. To trochę jak z “To nie był prawdziwy komunizm”. Zdawałoby się, że jeden holocaust wystarczy by zrozumieć jak cienka potrafi być granica pomiędzy człowiekiem jako podmiotem a przedmiotem. Jak niewiele w nas brakuje, aby z sacrum uczynić profanum – to się nie odbywa od razu. Powoli: dehumanizacja ludzkiego płodu, selekcja przeznaczonych do życia i do śmierci, wypaczenia pojęć “dobra” i “zła” przez mierzenie ich skalą użyteczności, a nie moralności, która również staje się przeżytkiem. Nihilizm, antynatalizm, pochwała egoizmu – nowe cnoty wpajane kolejnemu pokoleniu.
Człowiek w swej wyższości nad zwierzęciem jest zdolny do zapanowania nad swoimi prymitywnymi odruchami – jest wyposażony w sumienie (moralność) i poczucie wstydu/winy, jako osobisty kompas wskazujący do tej moralności drogę. Daje sygnał, kiedy zbaczamy z dobrej ścieżki. Cała kultura zbudowana jest na wychowaniu w poszanowaniu tych dwóch elementów – zwierzęta ich nie mają, dlatego są zdolne do wszystkiego. Człowiek może je jednak skutecznie wyciszać lub wypaczać, stopniowo modyfikując podstawy swojej moralności wraz z wyzbywaniem się poczucia winy/wstydu. Mam wrażenie, że współczesny człowiek nie wie, jak ważne to elementy ludzkiej natury – to smycz, która pozwala nam nie zgubić samych siebie.

Tak wyzbywamy się poczucia winy/wstydu za haniebne zajęcia: nie wiń mnie za prostytucję. Nie wiń mnie za aborcję. Nie wiń mnie za mój alkoholizm. Nie wiń mnie za zdradę. Zdejmijcie ze mnie ten wstyd i poczucie winy – często tylko to jest blokadą przed posunięciem się do wielu okropności. Do okropności można zaś się posunąć jeśli zostaną odpowiednio zracjonalizowane – aborcja z biedy, alkoholizm z depresji, zdrada za zaniedbanie. Czy to czyni te występki bardziej usprawiedliwione, mniej złe? Jedyną sytuacją w której można zracjonalizować okropieństwo jest samoobrona, siebie lub bliskich. Jak widać i to staje się wypaczone – dla niektórych lekarstwem na chorobę (samoobroną) staje się śmierć.

Dobro i zło mierzone użytecznością przybiera różne formy – komunizmu, narodowego socjalizmu, holocaustu. W pewnych przypadkach dochodzi do tak skrajnego rozmycia tych pojęć, że poczucie wstydu/winy się po prostu wyłącza, a z nim cała empatia. Pozostaje kategoryzowanie, czy chłopcu w śpiączce należy podać pożywienie, zajmuje łóżko i przestrzeń, tak jak kiedyś Żydzi i każdy kto im pomagał zajmowali “niemiecką przestrzeń życiową”. Do tego być może uda się sprzedać organy dzieciaka, i tak umrze, nie będzie się skarżył. I tak nie mówi. W ostatecznej kalkulacji kiedy wyciszyć siebie, to te pieniądze to zapłata jak każda inna, w końcu to wymiana dóbr. Będą użyteczne, w przeciwieństwie do tego dziecka, prawda?

Jeśli nie chodzi o zwykłe wyciszenie humanitaryzmu dla zysku, można zdiagnozować problem dużo głębiej: w faktycznym zniszczeniu moralności ludzkiej przez antynatalizm – ideę zaprzeczającą sensowności istnienia. Skoro istnienie traci sens, to również sama walka, a zatem staje się niepotrzebnym wysiłkiem, który można zaniechać – przecież to rozsądne i… dobre.

Abstrakcją był dla mnie kiedyś holocaust – idea zabijania ludzi, bo przestali spełniać nasze kryteria użyteczności kwalifikujące ich jako osoby ludzkie/dostrzegając ich większą użyteczność jako trupy. Byłam przekonana, że do czegoś takiego ludzi trzeba zmusić. Dziś już nie mam złudzeń – odpowiednio zmanipulowana osoba tresowana do odrzucenia moralności i poczucia winy jest gotowa w zasadność dowolnych antyludzkich i antykulturowych postulatów uwierzyć. Paradoks współczesnego człowieka: tyle wie, a w sumie nie wie nic, bo jest gotowy nadal dopuszczać się holocaustu na ludziach, którzy stracili ludzką miarę w jego oczach. Po trochę: Charlie Gard, Alfie Evans. Tylko nie wie, że jutro, kiedy straci przytomność i wyczerpie się jego użyteczność, raz, dwa, trzy, zamordowany będziesz Ty.

Link obrazka

Co mi dały feministki – OSWAJANIE PROSTYTUCJI

O handlowaniu seksem i seksualizacji już pisałam – oswajanie prostytucji to tylko kolejny jej objaw. Co jak co, ale bardzo nielogiczne jest to, że to właśnie feministki, które ukoronowały się na strażniczki praw i godności kobiet propagują jako normalne kupczenie ciałem.

Pornobiznes jest bardzo dochodowy i szybko przekonały się o tym również feministki. Niekoniecznie sama praca tam przekonała je do propagowania treści zupełnie sprzecznych z ideami emancypantek (po raz kolejny) – nikt nie broni interesów lobby pornograficznego za darmo, jak zwykle, nie myśląc o konsekwencjach. Jakoś tak się okazało, że bycie feministką można szybko przekuć na korzyść takiej działalności – wystarczyło obrócić to w kilka haseł na temat dysponowania własnym ciałem, wpleść jakiś sztandar antyklerykalizmu i dać powąchać trochę grosza, a idea stała się jakoś bardziej atrakcyjna. Dla feministek, nie dla zwykłych kobiet.

Nie twierdzę, że wszystkie prostytutki są ze swojego stanu rzeczy niezadowolone – na pewno może być to forma leczenia jakichś kompleksów a w przypadku zwyrodnienia lub nieposiadania kręgosłupa moralnego, zaniku odpowiednich wzorców, może się ta praca wydawać zajęciem jak każde inne. Pytanie, jak bardzo sobą samym trzeba gardzić, by dawać innym używać się jak rzecz? Być może ci ludzie sami nie czują się wartościowi, stąd nie wiedzą, ile tracą sprzedając to, co powinno być sferą sacrum – swoją intymność.

Co taka postawa może dać zwykłym kobietom?
Normalizowanie prostytucji i twierdzenie, że zadowolenie z takiej pracy nie jest przejawem zaburzenia działa na niekorzyść kobiet, które wplątały się w bardzo trudną sytuację życiową i nie mogą wrócić na dobrą drogę (z różnych przyczyn). Przede wszystkim tworzy to niszę dla wyzysku ofiar: przekonanie o normalności prostytucji będzie powodowało, że coraz więcej osób ubogich i w trudnej sytuacji będzie się tego zajęcia chwytać. Przecież to praca jak każda inna – do tego nie potrzeba wykształcenia, zawodu, na ulice darmozjadzie!
Tymczasem sfera seksualna powinna pozostać wolna od przymusów i patologii – każdy ma prawo do poszanowania jego seksualności i intymności, kilka takich urazów może skutkować problemami psychicznymi/emocjonalnymi na lata, a akceptacja społeczeństwa dla krzywdy ludzkiej w białych rękawiczkach (oby za jakąś kasę) nigdy nie powinna mieć miejsca, jako demoralizująca i pogłębiająca patologię.

Czy jeśli mogę ostatecznie zawsze zostać prostytutką to czy w takim społeczeństwie warto robić cokolwiek innego?
Warto być lekarzem, prawnikiem, pielęgniarką, pisarką, wynalazcą, dźwigać ciężary? Od społeczeństwa płynie jasny komunikat – wystarczy wyzbyć się wstydu, godności osobistej i obrzydzenia a można mieć wszystko. Obawiam się, że niedługo takie rady będą padały w stronę samotnych matek i osób w trudnej sytuacji życiowej. Ciekawa jestem, jaka będzie korelacja wówczas tego zjawiska z falą samobójstw? Człowiek nie jest z kamienia, ma warstwy intymności i jego zdrowie psychiczne wymaga dla niej szacunku – to, że osoby zaburzone i zwichrowane umieją się jej wyrzec nie czyni z prostytucji normalnego zajęcia a wręcz przeciwnie, bo pokazuje skalę problemu osób się nią parających.

 

Drogie feministki – gdzie w seksworkingu jest kobieta? Gdzie jest jej godność, wnętrze, wartość, intelekt i siła?
Czy coś jeszcze z tej kobiety pozostaje, poza tą malowaną przez Was namiętnie waginą?

Źródło obrazu

Macica Kobiecie Macicą – JAK POWSTAŁA WROGINI

Wpis ma charakter wybitnie satyryczny i będzie dotyczył osobistych doświadczeń obcowania po przeciwnej stronie barykady – trochę o tym, jak narodziła się Wrogini Kobiet.

Feminizm w przestrzeni publicznej kreowany jest na ruch, który w swej wspaniałomyślności dba o interesy kobiet.
Interesy kobiet.
To jest temat na inny wpis zatem nie będę go rozwijać, dodam jedynie, że to wątek bardzo rozległy i tak dwojako przez rozbieżne środowiska rozumiany, że aż na śmiech bierze.

Pomoc wzajemna kobiet, motywowana takimi hasłami jak: “W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie pomagały innym kobietom” M. Albright, dotyczy wpisywania się za wszelką cenę w sposób myślenia i postępowania jasno nakreślony przez ideę feminizmu. Dlaczego? Bo to feministka ma być nowym wzorem kobiecych cnót, ambicji, przymiotów i nowych zachowań, zarówno dla wszystkich kobiet jak i dla mężczyzn. I 60+ innych płci. Aby ten proces się dokonał, konieczne było przekonanie kobiet, że są z natury stawiane w gorszej sytuacji i dlatego należy im się więcej od mężczyzn w ramach sprawiedliwości i dążenia do zrównania tego dysonansu, a w końcowym stadium mogą absolutnie porzucić dotychczasową formę kobiecości, na rzecz nowej – lepszej – feministycznej.

Nie będę zajmowała się rozmontowywaniem na części pierwsze tego błędnego od podstaw założenia, przejdę do meritum: mężczyzna jest naturalnym przeciwnikiem kobiet i im bardziej będzie się bronić, tym bardziej będzie utwierdzał feministki w słuszności ich idei. Jeśli nie będzie się bronił, to też, ot taka logika. Niefeministyczna kobieta jest zaś czymś stokroć bardziej niebezpiecznym – jest patogenem w organizmie nowego ładu, który trzeba zwalczyć: albo wyleczyć, albo zniszczyć, innej drogi nie ma. Aby to zrobić, należy ją przedefiniować: zbrojne ramię patriarchatu, kura domowa, nieszanująca siebie zdrajczyni. Wróg. W żargonie feministycznym: Wrogini.

Czym się taka Wrogini w ujęciu feministycznym różni od “normalnej kobiety”, czyli feministki?
Nie słucha się. No nie i koniec. Bóg jeden wie, czemu, choć na pewno nie istnieje i wariatka go sobie wymyśliła, żeby jej było jakoś raźniej w tym bagnie w którym brodzi, zwanym małżeństwem lub życiem rodzinnym, jak kto woli.
Nie słucha się, choć feministki chcą dla niej dobrze: chcą ją przestawić na feministyczne myślenie, by zrozumiała jak opresyjny jest wobec niej świat i dlaczego jej życiowe szczęście jest nieuzasadnione. Chcą ja zmusić do pójścia do pracy, nie tylko dlatego, że praca czyni wolnym, ale też po to, żeby miał kto na urlopy, zasiłki, dodatki, daniny, podatki, dotacje i granty robić – sami faceci nie wyrobią, a skoro chcemy je dostawać, to ktoś robić musi. Chcą jej pokazać, jak to nie warto mieć rodziny i się szczególnie na niej skupiać, bo osobiste doświadczenia feministek pokazują, że rodzina jest do dupy i nie ma czegoś takiego jak bezwarunkowa miłość i troska – musiałby się znaleźć jakiś odpowiedzialny i wierny facet, ale wśród gwałcicieli gdzie takich szukać? Państwowa emerytura – tylko to się liczy. Feministki chcą dać Wrogini aborcję, żeby wreszcie mogła zrzucić z siebie brzemię męskiego plemnika, które się bezkarnie w jej ciele rozpycha – Boga nie ma, ty nim jesteś, uświadom to sobie, sobie. Feministki walczą, żeby Wrogini nie tylko wybrała sobie wreszcie słusznego pana, bo lepiej, żeby eksploatował cię feminizm, a nie jakiś patriarchalny cieć spod znaku heteronormatywności, ale zrozumiała, że należy go hodować, jak bezglutenowe mięsko z tofu.

Tyle feminizm chce dać, a ona nie chce – pomiot patriarchatu.
Feministki tłumaczą sobie to na różne sposoby, raz łagodniej, raz ostrzej: przez lęk od opuszczenia swoje kata-mężczyzny, taki sztokholmski syndrom, po głupotę i definicyjnie mniejszą liczbę szarych komórek niż feministka, która je miałaby dostawać w prezencie, pod warunkiem, że się bezrefleksyjnie do idei dostosuje i nie będzie ich specjalnie używać.

Feminizm wie, że czas przekonywania się skończył i musi dojść do ostatecznego rozwiązania kwestii Wrogiń Kobiet na całym świecie. Należy je zwalczać: demokratycznie i z poszanowaniem ekologiczno-aborcyjnego systemu odebrać im prawo do głosu, wyciąć z debaty publicznej, zapędzić do kuchni i tam po lobotomii zostawić aż doczekają resztki swoich dni jako nie-kobiety, byle nie rozsiewając zarazków dalej, bo wtedy będzie trzeba wysłać Antifę z Rafalalą, żeby zrobili porządek.

Wrogini nie zasługuje na feministyczny szacunek, bo nie chce wyrazić poparcia dla aborcji, prostytucji czy zmiany prawa na rzecz lobby feministycznego: należy jej zatem życzyć gwałtu, chorego dziecka, faceta, który z definicji będzie ją bił i pił oraz całego zestawu cierpień, o których rozczytują się namiętnie studentki feministycznego tańca eksperymentalnego w Gazecie Wyborczej.

Wrogini sobie żyje, ma się dobrze, ale nie tkwi bezpiecznie od lat na dnie Rowu Mariańskiego – żyje i uprzykrza feministkom życie.

Zachęcam do dania znaku, żem dotrwał do końca.

Źródło obrazu