Masz prawo do własnych wyborów i swojego życia, pod warunkiem, że wpisujesz się w nowoczesny kanon – MAMO MUSISZ DO PRACY!

Na początku prowadzenia strony na Facebooku popełniłam krótki wpis na temat matek, które w domu tzw. “siedzą”. Wracam do niego dziś, skoro strona jest zamknięta przez cenzurę, to przeleję wszystko powoli na oficjalną stronę, dzięki temu nie zginie.

Warto poruszyć oklepany temat nic nie robiących matek siedzących w domu z dziećmi. Najlepiej odpuścić sobie zdania “ekspertów” i wziąć pod lupę słowa zwykłych bohaterek, które codziennie spotykają się z ostracyzmem, ponieważ nie realizują się zawodowo – nie muszą, nie chcą, ich priorytety i możliwości są inne, a przez to ich wartość i rola w społeczeństwie są umniejszane.

Idąc torem wolnościowego sposobu myślenia – to rodzina rozdziela role i decyduje o tym, czym zajmują się jej członkowie. W praktyce panuje jednak nacisk, aby kobiety były supersamicami – rodziły dzieci, wychowywały je bez niczyjej pomocy, a nierzadko jeszcze dopieszczały po drodze męża i do tego realizowały się zawodowo. Ilu ludzi, tyle opinii, nie można zadowolić wszystkich, jednak coraz większe parcie na konieczność pracy zarobkowej kobiet “bo tak”, bywa toksyczne dla rodzin.
Pracujemy, by mieć pieniądze, godnie żyć, na wysokim poziomie. A jeśli mąż jest w stanie zaspokoić potrzeby rodziny swoją pracą i żona decyduje się na pozostanie w domu? Ile wykrzywionych twarzy rzuci pod nosem “darmozjad”, “leniwa”, “a co ona będzie w domu robić”. Jak gdyby wartość człowieka zaczynała się i kończyła na tym, ile pieniędzy do domu przyniesie. Praca jest ważnym elementem życia ludzkiego, z pracy żyjemy my i rodzina, praca wytwarza wszelkie dobra, którymi się otaczamy. Natomiast nie każda praca jest przeliczalna na pieniądze – ba, kiedy usiłujemy ją przeliczyć, kalkulując ile by kosztowała sprzątaczka, kucharka, niania i każda inna pomoc domowa, to okazuje się, że praca kobiet mogłaby być ceniona wyżej niż to, co mężczyzna jest w stanie zarobić. Dla wielu to ciągle zbyt słaby argument, by dać kobietom i rodzinie żyć swoim rytmem i demonizują indywidualne wybory małżeństwa. Teściowe bywają bardzo pomocne, kiedy trzeba chronić synów przed ich pazernymi, leniwymi żonami.

Tymczasem apel do społeczeństwa jest od zawsze jeden i ten sam: to rodzina decyduje, kto przejmuje jakie obowiązki. To Państwo decydujecie, kto pracuje, a kto zostaje w domu, kto wynosi śmieci, a kto gotuje obiad. I nie powinniście Państwo się przed nikim tłumaczyć i czuć się winni. Niżej kilka słów od konkretnej osoby, która w jednym ze swoich postów opisała swoje “leniwe, wygodne życie” we wpisie na MamaLife.pl

Jeśli jesteś Mamą, która pracuje w domu, nie daj sobie wmówić, że jesteś gorsza. W dzisiejszych czasach utarło się, że Kobieta musi mieć 100 twarzy. Musi ogarniać dom, być Mamą, Żoną, Kobietą, Ale też Niańką, Kucharką, Ekspertem od DIY. Musi się znać na rachunkach i bankowości. No i oczywiście MUSI przynosić do domu pieniądze. Bo równouprawnienia chciałyśmy? To mamy. Dlatego powstały żłobki i punkty całodobowej opieki nad dzieckiem. Bo Mama musi wracać do pracy. Najszybciej jak się da. Oczywiście kiedy nie ma innej opcji i praca kobiety to must have, to nie ma gadania. Ale gdyby praca, była jedynie Twoją aspiracją to daj na luz. I pomyśl. Ileż cudownej pracy wykonujemy my wszystkie w domu. Pracy za zamkniętymi drzwiami. Pracy, za którą nikt nam nie płaci. Pracy, która wydaje się być niezauważona. Zobacz też, ile wysiłku wymaga to wszystko od kobiety, która dodatkowo pracuje na etacie. Ona ma do ogarnięcia wszystkiego tylko kilka godzin … gdy padnięta, zestresowana wraca z roboty do domu …

I choć lubię samorozwój … ja znalazłam sposób na to, by pracować w domu. Może i Tobie się uda? Może masz ukryte talenty, które w Tobie drzemią i czekają tylko, aż je wykorzystasz? Może uda Ci się na nich zarobić?

Ale nawet jeśli życie zweryfikuje Twoje plany, ciesz się każdą minutą „domowej pracy”. Bo dzięki niej jesteś z dzieckiem 24 godziny na dobę. Widzisz pierwszy uśmiech, pierwsze kroczki. Ty. Nie – nikt inny. I uwierz mi, Mamusie, które pracują dałyby dużo, by się z Tobą zamienić. Więc piersi do przodu, cycki w górę i z dumą mów, że jesteś „domową kurą”. W dodatku sexowną kurą 🙂

A! I ja też czasem padam na pysk. Ale jestem szczęśliwa 🙂

Źródło obrazu

Historia jednego dziecka – CZY W LUDZIACH COŚ PĘKŁO? NIE DLA UPAŃSTWAWIANIA LUDZI

Stawiam sobie to pytanie, jest ono dla mnie osobiście bardzo ważne. Alfie Evans przez swoją męczeńską walkę z okrutną machiną bezdusznych urzędników stał się symbolem. Oczywiste było, że tę walkę przegra – ciało schorowanego chłopca nie mogło długo mierzyć się z interesami ludzi możnych, a to jedyny wniosek jaki mi się nasuwa: w śmierci Alfiego ktoś musiał mieć interes, czy to organy, czy zatajenie prawdy, to już kwestia drugorzędna. Istotne jest to, że Wielka Brytania, Theresa May, królowa Elżbieta II i cały zgniły aparat urzędniczy na to pozwolili. Pewnie nie mieli większego interesu, by nie pozwolić. Co z tym zrobią Brytyjczycy? Co z tym zrobimy my?

Te pytania wydają mi się ważniejsze, ponieważ mam takie poczucie, że pod płaszczykiem demokracji i tolerancji, wypaczenia moralności etyki uwierzyliśmy, że era niewolnictwa się zakończyła. Ona trwa sobie w najlepsze, przykład Alfiego to tylko jeden z wielu, zostały tu złamane wszystkie z możliwych praw jego i jego rodziców. W majestacie obowiązujących przepisów, przy milczeniu brytyjskich możnych. Czy będzie tak jak z zamachami? Przepraszam, “incydentami”? Czy przywykniemy do próby usypiania ludzi jak bezpańskie psy, a gdy jeszcze zwierzę jedne walczy, bo bezczelnie chce żyć, to zakażemy mu jeść? Czy jest na to społeczna zgoda?
Zjednoczenie tak wielu środowisk w imię tej sprawy daje mi nadzieję, że nie – tylko czy wyciągniemy z niej wnioski. Czy kiedy już opadną emocje, racjonalnie będziemy umieli zauważyć analogię pomiędzy obecną sytuacją Europy Zachodniej a naszą niechybną przyszłością, czy ten racjonalizm pchnie nas ku jawnemu sprzeciwowi – NIE DLA UPAŃSTWAWIANIA LUDZI. Czy zasiądziemy teraz przez telewizorem i zapomnimy? Pośrednio na pewno, bo nie dałoby się żyć bez przerwy rozdrapując niepokój, ale czy udało się tej sytuacji wreszcie wybić wyrwę w mentalności homo sovieticus? Czy zaczniemy się zastanawiać w czyje ręce oddajemy swoją wolność jednostki – jedną z najcenniejszych rzeczy – w zamian za święty spokój? Za niezadawanie pytań? Czy chcemy sobie bezpiecznie żyć w wytapetowanych inkubatorach, zanim ktoś zapuka do drzwi i oznajmi, że nasz czas się skończył, a jak nam się nie podoba, to nas wyniosą? A rządzący przemilczą, oby do jutra? A potem następny i następny.

O co mi się w zasadzie rozchodzi przy tych wypocinach: Twoje zdanie się liczy, Twój sprzeciw jest ważny, Twoja opinia też. To demokratycznym politykom zależy byś myślał, że nic zmienić nie możesz, abyś nie protestował i raz na cztery lata wykonał jeden ruch motywowany jakąś dziwną rozpaczą, która rośnie i rośnie. To lobby interesów za cel przyjęła podsuwanie łatwego i zjadliwego tematu, byle zatkać ludziom usta byle czym, oby tylko nie drążyli, bo to dla tych na górze nie jest dobre. I tak niewolnik dostał więcej, niż przydział przewiduje. Puścimy spot w telewizji i w internecie, wykreujemy w nim lęk i potrzebę a potem sprzedamy mu lekarstwo, żeby poczuł się dobrze. Bezpiecznie. Dopóki nie zapukają po sąsiada.

Tematyka sprzeciwu poruszana tutaj jest analogią wszystkiego – nasze wybory mają znaczenie: co jesz, co oglądasz, z jakiego portalu korzystasz. Nie możesz myśleć, że ty jeden nic nie zmienisz. Sto tysięcy takich jak ty to armia i potrafi zdziałać wiele dobra właściwymi decyzjami.

Apel końcowy: nie zmarnować tej walki, którą Alfie prowadził, tej nowej świadomości, przepchnięcia się przez próg obojętności na samych siebie, bo to o gatunek ludzki tu przecież chodzi, nie zaprzepaścić nowych horyzontów i przyjaźni we wspólnym boju o odzyskanie elementarnych praw dla każdego człowieka. Nie czekaj aż ostatni pociąg ku wolności odjedzie, bo zostaniesz tu sam. I wtedy przyjdą.

Link do obrazu

Jak ludzie mogli być zdolni do holocaustu? – SPRAWA ALFIEGO EVANSA

Jako dziecko i nastolatka byłam zapaleńcem historii – do dziś jestem, choć hobbystycznie, nie skupiając się na datach, raczej chłonąc wydarzenia, akcję i analizując rezultaty. II wojna światowa była dla mnie tematem fascynującym przez pewien czas – na etapie nieświadomości. Taka fascynacja skalą okrucieństwa i ciekawość granicy ludzkiego zła jest chyba dość typowa dla bardzo młodych ludzi, których wyobraźnia ogranicza się do abstrakcji – przeszłości, w poczuciu względnego bezpieczeństwa, w braku wizji zagrożenia. Takie osoby nie zawsze umieją przełożyć konkluzję na to, co ich otacza, bo po prostu świat jeszcze za mało znają, za mało rozumieją – nie rozumieją polityki, prawdziwych ludzkich intencji, wydaje im się, że rozumieją, a tak naprawdę odbija się to od nich jak echo przeszłości. Zrozumienie przychodzi z wiekiem, kiedy dociera do nich, że nie jesteśmy wolni od przeszłości, w każdej chwili może powrócić.

Osobiście dostrzegam paradoks wiedzy współczesnego człowieka: wcale nie chroni go przed wpadaniem w te same pułapki. To trochę jak z “To nie był prawdziwy komunizm”. Zdawałoby się, że jeden holocaust wystarczy by zrozumieć jak cienka potrafi być granica pomiędzy człowiekiem jako podmiotem a przedmiotem. Jak niewiele w nas brakuje, aby z sacrum uczynić profanum – to się nie odbywa od razu. Powoli: dehumanizacja ludzkiego płodu, selekcja przeznaczonych do życia i do śmierci, wypaczenia pojęć “dobra” i “zła” przez mierzenie ich skalą użyteczności, a nie moralności, która również staje się przeżytkiem. Nihilizm, antynatalizm, pochwała egoizmu – nowe cnoty wpajane kolejnemu pokoleniu.
Człowiek w swej wyższości nad zwierzęciem jest zdolny do zapanowania nad swoimi prymitywnymi odruchami – jest wyposażony w sumienie (moralność) i poczucie wstydu/winy, jako osobisty kompas wskazujący do tej moralności drogę. Daje sygnał, kiedy zbaczamy z dobrej ścieżki. Cała kultura zbudowana jest na wychowaniu w poszanowaniu tych dwóch elementów – zwierzęta ich nie mają, dlatego są zdolne do wszystkiego. Człowiek może je jednak skutecznie wyciszać lub wypaczać, stopniowo modyfikując podstawy swojej moralności wraz z wyzbywaniem się poczucia winy/wstydu. Mam wrażenie, że współczesny człowiek nie wie, jak ważne to elementy ludzkiej natury – to smycz, która pozwala nam nie zgubić samych siebie.

Tak wyzbywamy się poczucia winy/wstydu za haniebne zajęcia: nie wiń mnie za prostytucję. Nie wiń mnie za aborcję. Nie wiń mnie za mój alkoholizm. Nie wiń mnie za zdradę. Zdejmijcie ze mnie ten wstyd i poczucie winy – często tylko to jest blokadą przed posunięciem się do wielu okropności. Do okropności można zaś się posunąć jeśli zostaną odpowiednio zracjonalizowane – aborcja z biedy, alkoholizm z depresji, zdrada za zaniedbanie. Czy to czyni te występki bardziej usprawiedliwione, mniej złe? Jedyną sytuacją w której można zracjonalizować okropieństwo jest samoobrona, siebie lub bliskich. Jak widać i to staje się wypaczone – dla niektórych lekarstwem na chorobę (samoobroną) staje się śmierć.

Dobro i zło mierzone użytecznością przybiera różne formy – komunizmu, narodowego socjalizmu, holocaustu. W pewnych przypadkach dochodzi do tak skrajnego rozmycia tych pojęć, że poczucie wstydu/winy się po prostu wyłącza, a z nim cała empatia. Pozostaje kategoryzowanie, czy chłopcu w śpiączce należy podać pożywienie, zajmuje łóżko i przestrzeń, tak jak kiedyś Żydzi i każdy kto im pomagał zajmowali “niemiecką przestrzeń życiową”. Do tego być może uda się sprzedać organy dzieciaka, i tak umrze, nie będzie się skarżył. I tak nie mówi. W ostatecznej kalkulacji kiedy wyciszyć siebie, to te pieniądze to zapłata jak każda inna, w końcu to wymiana dóbr. Będą użyteczne, w przeciwieństwie do tego dziecka, prawda?

Jeśli nie chodzi o zwykłe wyciszenie humanitaryzmu dla zysku, można zdiagnozować problem dużo głębiej: w faktycznym zniszczeniu moralności ludzkiej przez antynatalizm – ideę zaprzeczającą sensowności istnienia. Skoro istnienie traci sens, to również sama walka, a zatem staje się niepotrzebnym wysiłkiem, który można zaniechać – przecież to rozsądne i… dobre.

Abstrakcją był dla mnie kiedyś holocaust – idea zabijania ludzi, bo przestali spełniać nasze kryteria użyteczności kwalifikujące ich jako osoby ludzkie/dostrzegając ich większą użyteczność jako trupy. Byłam przekonana, że do czegoś takiego ludzi trzeba zmusić. Dziś już nie mam złudzeń – odpowiednio zmanipulowana osoba tresowana do odrzucenia moralności i poczucia winy jest gotowa w zasadność dowolnych antyludzkich i antykulturowych postulatów uwierzyć. Paradoks współczesnego człowieka: tyle wie, a w sumie nie wie nic, bo jest gotowy nadal dopuszczać się holocaustu na ludziach, którzy stracili ludzką miarę w jego oczach. Po trochę: Charlie Gard, Alfie Evans. Tylko nie wie, że jutro, kiedy straci przytomność i wyczerpie się jego użyteczność, raz, dwa, trzy, zamordowany będziesz Ty.

Link obrazka

Macica Kobiecie Macicą – JAK POWSTAŁA WROGINI

Wpis ma charakter wybitnie satyryczny i będzie dotyczył osobistych doświadczeń obcowania po przeciwnej stronie barykady – trochę o tym, jak narodziła się Wrogini Kobiet.

Feminizm w przestrzeni publicznej kreowany jest na ruch, który w swej wspaniałomyślności dba o interesy kobiet.
Interesy kobiet.
To jest temat na inny wpis zatem nie będę go rozwijać, dodam jedynie, że to wątek bardzo rozległy i tak dwojako przez rozbieżne środowiska rozumiany, że aż na śmiech bierze.

Pomoc wzajemna kobiet, motywowana takimi hasłami jak: “W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie pomagały innym kobietom” M. Albright, dotyczy wpisywania się za wszelką cenę w sposób myślenia i postępowania jasno nakreślony przez ideę feminizmu. Dlaczego? Bo to feministka ma być nowym wzorem kobiecych cnót, ambicji, przymiotów i nowych zachowań, zarówno dla wszystkich kobiet jak i dla mężczyzn. I 60+ innych płci. Aby ten proces się dokonał, konieczne było przekonanie kobiet, że są z natury stawiane w gorszej sytuacji i dlatego należy im się więcej od mężczyzn w ramach sprawiedliwości i dążenia do zrównania tego dysonansu, a w końcowym stadium mogą absolutnie porzucić dotychczasową formę kobiecości, na rzecz nowej – lepszej – feministycznej.

Nie będę zajmowała się rozmontowywaniem na części pierwsze tego błędnego od podstaw założenia, przejdę do meritum: mężczyzna jest naturalnym przeciwnikiem kobiet i im bardziej będzie się bronić, tym bardziej będzie utwierdzał feministki w słuszności ich idei. Jeśli nie będzie się bronił, to też, ot taka logika. Niefeministyczna kobieta jest zaś czymś stokroć bardziej niebezpiecznym – jest patogenem w organizmie nowego ładu, który trzeba zwalczyć: albo wyleczyć, albo zniszczyć, innej drogi nie ma. Aby to zrobić, należy ją przedefiniować: zbrojne ramię patriarchatu, kura domowa, nieszanująca siebie zdrajczyni. Wróg. W żargonie feministycznym: Wrogini.

Czym się taka Wrogini w ujęciu feministycznym różni od “normalnej kobiety”, czyli feministki?
Nie słucha się. No nie i koniec. Bóg jeden wie, czemu, choć na pewno nie istnieje i wariatka go sobie wymyśliła, żeby jej było jakoś raźniej w tym bagnie w którym brodzi, zwanym małżeństwem lub życiem rodzinnym, jak kto woli.
Nie słucha się, choć feministki chcą dla niej dobrze: chcą ją przestawić na feministyczne myślenie, by zrozumiała jak opresyjny jest wobec niej świat i dlaczego jej życiowe szczęście jest nieuzasadnione. Chcą ja zmusić do pójścia do pracy, nie tylko dlatego, że praca czyni wolnym, ale też po to, żeby miał kto na urlopy, zasiłki, dodatki, daniny, podatki, dotacje i granty robić – sami faceci nie wyrobią, a skoro chcemy je dostawać, to ktoś robić musi. Chcą jej pokazać, jak to nie warto mieć rodziny i się szczególnie na niej skupiać, bo osobiste doświadczenia feministek pokazują, że rodzina jest do dupy i nie ma czegoś takiego jak bezwarunkowa miłość i troska – musiałby się znaleźć jakiś odpowiedzialny i wierny facet, ale wśród gwałcicieli gdzie takich szukać? Państwowa emerytura – tylko to się liczy. Feministki chcą dać Wrogini aborcję, żeby wreszcie mogła zrzucić z siebie brzemię męskiego plemnika, które się bezkarnie w jej ciele rozpycha – Boga nie ma, ty nim jesteś, uświadom to sobie, sobie. Feministki walczą, żeby Wrogini nie tylko wybrała sobie wreszcie słusznego pana, bo lepiej, żeby eksploatował cię feminizm, a nie jakiś patriarchalny cieć spod znaku heteronormatywności, ale zrozumiała, że należy go hodować, jak bezglutenowe mięsko z tofu.

Tyle feminizm chce dać, a ona nie chce – pomiot patriarchatu.
Feministki tłumaczą sobie to na różne sposoby, raz łagodniej, raz ostrzej: przez lęk od opuszczenia swoje kata-mężczyzny, taki sztokholmski syndrom, po głupotę i definicyjnie mniejszą liczbę szarych komórek niż feministka, która je miałaby dostawać w prezencie, pod warunkiem, że się bezrefleksyjnie do idei dostosuje i nie będzie ich specjalnie używać.

Feminizm wie, że czas przekonywania się skończył i musi dojść do ostatecznego rozwiązania kwestii Wrogiń Kobiet na całym świecie. Należy je zwalczać: demokratycznie i z poszanowaniem ekologiczno-aborcyjnego systemu odebrać im prawo do głosu, wyciąć z debaty publicznej, zapędzić do kuchni i tam po lobotomii zostawić aż doczekają resztki swoich dni jako nie-kobiety, byle nie rozsiewając zarazków dalej, bo wtedy będzie trzeba wysłać Antifę z Rafalalą, żeby zrobili porządek.

Wrogini nie zasługuje na feministyczny szacunek, bo nie chce wyrazić poparcia dla aborcji, prostytucji czy zmiany prawa na rzecz lobby feministycznego: należy jej zatem życzyć gwałtu, chorego dziecka, faceta, który z definicji będzie ją bił i pił oraz całego zestawu cierpień, o których rozczytują się namiętnie studentki feministycznego tańca eksperymentalnego w Gazecie Wyborczej.

Wrogini sobie żyje, ma się dobrze, ale nie tkwi bezpiecznie od lat na dnie Rowu Mariańskiego – żyje i uprzykrza feministkom życie.

Zachęcam do dania znaku, żem dotrwał do końca.

Źródło obrazu

Co mi dały feministki – NORMALIZACJA POWAŻNYCH ZABURZEŃ

Feminizm powinien przestać wreszcie być postrzegany jako ruch prokobiecy – jest to ruch profeministyczny i antykobiecy. On nie realizuje postulatów właściwych kobietom, lecz idee konkretnych lobby, z którymi ma zbieżne interesy: tak samo lobby LGBT nie sprzyja homoseksualistom, a tym, którzy na wykorzystywaniu naiwności konkretnych osób zarabiają, lobby proaborcyjne nie sprzyja kobietom, lecz dostarcza klinikom przychodów, lobby gender nie sprzyja osobom zagubionym – pogrąża ich w niejasnej sytuacji pod pretekstem “bycia sobą”, dosłownie tworząc sobie konsumentów treści, które sprzedają. Feminizm to biznes dla naiwnych, ukryty pod płaszczykiem wielkiej idei i warto zdawać sobie z tego sprawę.

Natomiast może okazać się bardzo niebezpieczny dla społeczeństwa z powodu normalizacji poważnych zaburzeń, na które cierpią niektórzy wyznawcy ideologii gender.

Ze zdumieniem oglądam reportaże o osobach, które każdego dnia budzą się i utożsamiają się z inną płcią – czy to kobietą, czy mężczyzną, czy 60+ z wymyślnych nazw, których nawet w Polsce chyba jeszcze nikt nie rozszyfrował (szukałam!). Jestem zażenowana, że telewizja z takich zaburzeń robi sensację i wraz z lobby gender utwierdza tych nieszczęśników w przekonaniu, że ich stan jest normalny, zdrowy a wręcz pożądany. Takie osoby nigdy nie będą szukały dla siebie ratunku, pomocy, terapii. Stają się w swoim środowisku celebrytami na których trzepie się kasę, a to jak się czują, kiedy ustają brawa i gratulacje, już nikogo nie obchodzi.

Jasna tożsamość płciowa jest niezmiernie ważna. Jeśli nie umiem jej określić, to czy umiem określić jasno KIM JESTEM? Płeć i seksualność jest niezbędną częścią składową naszej psychiki – te zwichrowania rzutują na całe życie: jeśli nie wiem ostatecznie kim jestem, to jak mam wiedzieć DOKĄD ZMIERZAM i JAKI MAM CEL? Tylko odpowiedź na fundamentalne pytanie może pozwolić mi na przejęcie kontroli nad moim życiem.

Jeśli ktoś bardzo chce zmienić płeć, jest dorosły i za siebie odpowiedzialny to niech to zrobi – nic mi do tego, natomiast niech nie traktuje swojego stanu jako naturalny i normalny, a już tym bardziej nie próbuje przekonać reszty społeczeństwa, że są chorzy.
Cała lewacka propaganda oparta jest na rozpaczliwej próbie udowodnienia, że ktoś tu komuś zabrania być szczęśliwym – do tego stopnia, że musisz skonsumować, przyswoić i wtopić się w jedyną słuszną wizję szczęścia, nawet (a może zwłaszcza!) przez akceptację zachowań rozumianych w społeczeństwie jako patologicznych, czyli np. nieumiejętność jasnego określenia się kim jestem. Dochodzimy do etapu kwestionowania namacalnego stanu rzeczy w imię ideologii, czy biologicznych aspektów płci i tożsamości na rzecz wydumanych pragnień. To się nie może skończyć dobrze – osoba utwierdzania w przekonaniu o słuszności swoich działań nigdy nie stanie na nogi, nigdy nie spróbuje dojść do sedna problemu. Tu już nawet nie chodzi o zmianę płci – lecz o osoby, które w całej ideologii gender szukają wyjaśnienia dla swoich zaburzeń psychicznych, których nie da się uzasadnić logicznie nawet ideą. Te osoby są jawnie i w białych rękawiczkach krzywdzone, bo społeczeństwo daje przyzwolenie na ich zagubienie i poklepywaniem po plecach nie pozwala wziąć się za siebie.

Paradoks gender polega na tym, że wszystkie reguły wydają się pisane jakby na kolanie, choćby przez pryzmat takiej Rafalali, która pragnie być kobietą i jak sama mówi – jest kobieca i kobietą się czuje: przywdziewa kobiece ubrania, nosi długie włosy i makijaż, podczas gdy samo gender i LGBT krytykuje utożsamianie płci z jakimikolwiek konkretnymi przymiotami i “konstruktami społecznymi” jak ubiór, styl czy nawet same cechy płciowe. Gender jako niebezpieczna idea powstał tylko po to, by kreować konsumentów dla samej siebie, nie dla owych wyznawców. Jest sprzeczna u samych podstaw: propaguje idee bezwzględnej równości przy jednoczesnym określaniu z góry kto jest ofiarą a kto jest oprawcą w “opresyjnej rzeczywistości”, posługuje się hasłem “wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi” z jednoczesnym wyemancypowaniem “inności” – rozumianej w sposób stronniczy i krzywdzący dla każdego, kto nie chce otworzyć się na narzucane mu dziwactwa.

Dziękuję za uwagę i proszę o sygnał w komentarzu od tych, którzy dotarli do końca.

Źródło obrazu

Kryzys męskości – jak feministki chcą, to tak będą mieć wszystkie kobiety

Link do obrazu

Obserwuję i widzę reakcje niektórych mężczyzn, którzy odpuszczają.
Odpuszczają kulturę osobistą, kurtuazję, szarmanckość, bycie gentlemanem.
Odpuszczają poprawne relacje z kobietami, nawet nie starają się o ich względy, nastawiają się na bycie zdobywanym, co się w zasadzie z całym “ja” mężczyzny kłóci.
Odpuszczają aborcję, bo skoro krzyczące feministki kreują taką rzeczywistość, to spoko – dają się uciszać, bo po co się wychylać.
Odpuszczają wychowanie własnych dzieci, bo z systemem nie wygrasz, bo otoczenie je zepsuje, bo czasy się zmieniły i silna ręka ojca już nic nie znaczy.

Słyszę to tak często, że chce mi się od tego rzygać. A jeszcze częściej słyszę, że to wina kobiet.
Niektórych na pewno, a nawet wszyscy wiemy jakich, natomiast nie jest to dla mnie – kobiety w to lobby się niewpisującej – żaden argument. Nie jest dla mnie uzasadnieniem “bo wszyscy tak robią”, “bo wszyscy tak mówią”. Prawda leży tam gdzie leży, a nie tam, gdzie wszyscy mówią, że leży. Prawdą jest zaś to, że mężczyzna który się poddał, jest już w zasadzie martwy, a z nim cała nasza cywilizacja.

Mężczyzna-wojownik to stary jak świat archetyp i to nie bez powodu.
Mężczyzna, który broni, zdobywa, podbija i walczy jest jedynym gwarantem tego, że kobiety w swej naturze gniazdownika będą miały możliwość tę zdobytą i chronioną przestrzeń zagospodarować. Kobieta-gospodyni to wizja szersza niż kuchnia – to, co przychodzi pierwsze na myśl. To architekt całego społeczeństwa, zaczynając od komórki rodzinnej – wydanie na świat potomstwa, dbania o domowe ognisko i rozwój emocjonalny dzieci – aż po charakter i więzy lokalnej społeczności. Nie jest to możliwe bez męskiej opieki nad społeczeństwem. To również w szerszym znaczeniu – ponieważ mężczyzna musi obronić wartości, by kobieta mogła je wprowadzać w życie, musi zadbać o przestrzeń dla kobiety. Ta kooperacja – zdrowa, zespolona trwałymi wartościami rodzinnymi, monogamią, wiernością i wzajemnym szacunkiem – gwarantuje społeczeństwu rozwój, właściwy kurs i ochronę od zepsucia.
Feministyczne postulaty nie są postulatami kobiet, choć sobie usiłują ten tytuł przywłaszczyć. Dlaczego kiedy mówi się o zwycięstwie zgniłej mentalności feminizmu/marksizmu wszystko sprowadza się do kobiet? Tak nie jest, nie one ten ruch wymyśliły, na pewno nie był to kolektyw, a takie pochopne zrzucanie winy budzi gniew i potęguje konflikt, na czym przecież temu ruchowi zależy.

Apel do mężczyzn jest bardzo prosty: musicie być silni. To mężczyzna jest tarczą, on ma trwać i ochraniać, a jeśli spotkają właściwą kobietę, której wartości pragniecie widzieć na ulicy, to ją musicie postawić na piedestale z transparentem “Takie Kobiety Chcemy”.

Poza feministkami i tradycjonalistkami jest wiele nieukształtowanych i niepewnych kobiecych dusz, podatnych na te podtrucia. Przy takim poziomie propagandy wystarczy, że raz się natnie i może być już spalona, a tego nie chcemy. Dla dobra nas wszystkich, wystarczy spojrzeć co pozostawimy po sobie kolejnym pokoleniom, czy będą miały do czego się odnosić nad przepaścią i o co walczyć. Czy w ogóle pozostawimy im świat, za który nam podziękują, czy nauczymy ich zdrowych, mądrych relacji, pokażemy jak się buduje rodzinę trwałą do grobowej deski jak i po śmierci – że w pewne obietnice wierzyć warto i że są one ważne, a w poszukiwaniu sensu życia wręcz kluczowe.
Mężczyźni muszą znowu walczyć o nasze idee – to może zniechęcać, bo to jest trochę jak ten Syzyf, męska walka nie kończy się nigdy. Wieczna warta, z pokolenia na pokolenie, nie doceniamy jej, dopóki mężczyźni swojego zadania nie porzucą “na złość kobietom”. Choć nie wiedzą sami, że robią krzywdę przecież sobie.

Feministyczne pragnienie mężczyzn

Źródło obrazu

Feministka jako działaczka w interesie kobiet nie występuje – jest to oczywiste. W założeniu musi działać wobec swojego kolektywu i swojej grupy interesów, co też widać jak na dłoni: ignorowanie postulatów przychylnych rodzinie i kobietom niezwiązanym z feminizmem, zaś prostowanie dróg każdemu, kto zechce ten schemat przyjąć i forsować.

Feministka jednak w głębi duszy resztki kobiecości musi posiadać i jeśli akurat nie jest lesbijką, to pragnienie mężczyzn również, nawet jeśli głęboko wyparty.

Należy pamiętać, jak wielkie pranie mózgu te kobiety przechodzą i jak bardzo ideologia wryła się w ich iluzję opresyjnej rzeczywistości. Rzadko mężczyźni zostają feministami pod wpływem szczęśliwych związków z wyzwoloną kobietą – często zostają nimi z wygody już na początku drogi, jeśli są nimi w ogóle (procent stosunkowo niewielki). Natomiast nierzadko kobiety spotykające w swoim życiu dobrego mężczyznę potrafią swój feminizm porzucić, ponieważ obcowanie z nim prostuje stopniowo wszystkie ubite do głowy treści. Wydaje mi się, że mężczyzna powinien umieć pokazać kobiecie, że nie musi być feministką – jeśli mu na tej relacji zależy. Ogólnie uważam, że w takiej problematycznej sytuacji dużo zależy od mężczyzny. Taka kobieta jest w duszy nieprawdopodobnie pokrzywiona – wystarczy posłuchać i dostrzec skalę nienawiści i żalu, którymi są karmione. Taki ból wyleczyć – to musi być trudna sztuka, ale nic nie leczy lęku i nerwicy bardziej niż poczucie bezpieczeństwa. Przypominam, że cała feministyczna ideologia opiera się również na próbie zabicia tego zaufania i bezpieczeństwa budowanego w związku poprzez parcie na życie egoizmem jednostki, niemożności zaufania nikomu poza sobą i dumie, która przecież nie pozwala na coś takiego jak oparcie w drugiej osobie. Samowystarczalność i niezależność na pierwszym miejscu. Rozwiązłość seksualna również dokłada swoją cegiełkę do zniszczenia umiejętności zbudowania stałej relacji.
Feministka również ma te potrzeby, głęboko zepchnięte. One narastają, czy to w samotności, czy w związku budowanym według feministycznego modelu – natomiast nie wierzę by taki związek 1:1, równościowy i nowoczesny był w stanie pradawne potrzeby bezpieczeństwa w ramionach drugiej osoby zaspokoić.

Ostatecznie, do czego zmierzam – feministki nienawidzą antyfeministek nie tylko przez fakt iż wyłamują się z utartego schematu żalu, nieszczęścia, nerwicy, smutku i płaczu, czy odnajdują szczęście w naturalnych rolach, ale też przez wzgląd na support mężczyzn, którym antyfeministki dysponują. Nawet na FP można zauważyć te zawistne komentarze dot. poparcia przez mężczyzn, zarzutów o “próbę przypodobania się”. Nasze opinie obnażają nasze kompleksy. Brak zrozumienia u mężczyzn i zaburzony proces ekonomicznej, efektywnej kooperacji między płciami rodzi tę zazdrość. Dostrzeżenie jej nie jest trudne, wystarczy się przyjrzeć – jak bardzo boli feministki ta aprobata, lecz nie dla nich.

Myślę, że u wielu sfeminizowanych kobiet te potrzeby nie będą nigdy zagrzebane dostatecznie mocno – zawsze będą źródłem tej zazdrości, która jest uczuciem mogącym zniszczyć bliski związek, a co dopiero podzielić obcych ludzi. Karmiona frazesami będzie je wypierać zwiększoną determinacją zarówno w kwestii kneblowania innych kobiet jak i zgnojenia mężczyzn, których mieć nie może. I to nie do końca jej wina – lewica bazuje na prymitywnych, negatywnych uczuciach, ale w sposób sprytny: ubiera je w szaty mniejszego zła, farbuje tak, by ta kobieta nie musiała wstydzić się za ten infantylizm (bo wierzę, że gdyby była tego świadoma, to by się wstydziła).
Lewica działa trochę jak Szatan – takie porównanie mi się przypomniało. Szatan nie nakłania nas do złego poprzez obnażanie prawdy o nim. Jako ojciec kłamstwa powołuje się na inne nasze lęki i pudruje prawdziwy efekt konsumowania tego zła.

Tak samo lewica grzmi – o darmowej antykoncepcji dla wszystkich: wtedy ta biedna dziewczyna nie zajdzie w ciążę, to chyba lepiej dla niej i tego dziecka, które się nie pojawi prawda?
Nie mówi o złu bezsprzecznego ubezwłasnowolnienia innych na rzecz tej kobiety i grabieży pieniężnej.
A to tylko jeden przykład.
Moja konkluzja, już kończąc: feministki pragną mężczyzn. Tak bardzo, że czasem aż z rozpaczy chcą się nimi stać.

Kobieta w patologicznym związku – wina faceta, a jak

Link: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,115167,22145992,9-na-10-zon-alkoholikow-trwa-przy-swoich-mezach-natomiast-9.html

 
Wpadł mi w ręce dość stary twór naczelnych polskich rakówek.
Od tematu kobiet, które mają częściej trwać w patologicznych związkach niż mężczyźni, płynnie przechodzimy w wynaturzony coaching egoizmu.
Przeczytałam w tym artykule, że mniej mężczyzn pozostaje w takich związkach, ponieważ są “niedostosowani do opiekowania się innymi”.
Te feministyczne paradoksy – podczas gdy cały konserwatywny świat walczy o to, aby przywrócić stan mężczyzny-męża-ojca-opiekuna-wojownika, te kobiety walczą o prawo facetów do znieczulicy i jeszcze potem na ten fakt narzekają, kiedy okazuje się to nieprzydane i niewygodne.
I tak prawdę powiedziawszy, cała teza jest błędna: mężczyźni są kulturowo dostosowani do opiekowania się rodziną, do zajmowania się bliskimi i dbaniem o ich byt. To feministkom bardzo ten stan rzeczy przeszkadzał i postanowiły się wtrącić, biorąc na swój garb co się da, przy akompaniamencie jęków i stęków na ciężki los.
I jeszcze albo przekonały mężczyznę, by tak uważał, albo on sobie na takiej propagandzie dla nieszczęśliwych kobiet zarabia.
Wątek, który pojawił się później, zaskoczył mnie totalnie: zaczęto przyrównywać opiekę nad każdym innym chorym do współuzależnienia. Okazało się, że opieka nad ciężko chorym rodzicem czy dzieckiem jest takim samym problemem i należy się od tego odciąć. Padają fantastyczne frazesy: o potrzebach, indywidualności, własnym życiu, planach i marzeniach. Powiem tylko jedno: nie chciałabym ciężko zachorować w pobliżu autora tego tekstu.