FEMINISTYCZNE TABU – Toksyczne matki. Wprowadzenie

O niewydolnych wychowawczo ojcach dużo wiemy – alkoholikach, gwałcicielach, niestałych amantach, nieobecnych, alimenciarzach, złodziejach… Nie dzieje się to bez przyczyny. Szczególnie w polskiej kulturze, gdzie polski ojciec wiecznie gdzieś walczył, wyruszał na cudze i własne wojny, brał udział w postaniach, siedział w łagrze lub strajkował, wydaje się być akceptowany ze swoją nieobecnością. Powszechnie łatwiej przyjmuje się do wiadomości fakt, że ktoś został porzucony przez ojca, niż przez matkę. Przez ten pryzmat zdecydowanie ciężej oceniamy też matki: matka, która porzuciła, zabiła, pobiła swoje dziecko jest osobą spaloną w oczach społeczeństwa. Taki ojciec również nie jest mile widziany, natomiast według odczuć wielu ludzi niewłaściwe zachowanie ojców wydaje się czymś powszechniejszym, a zatem nie budzi aż tak skrajnych emocji. To ciekawe spostrzeżenie w kontekście walk lobby żeńskiego i męskiego.

 

Mało mówi się w społeczeństwie o toksycznych matkach

Termin ten jest bardzo szeroki, więc dla uporządkowania możemy założyć, że termin ten oznacza matkę, która działa na swojego dziecko w jakiś sposób destrukcyjnie. Może być to zachowanie świadome lub nie – nieświadomie może pragnąć zatrzymać przy sobie dorastające dziecko i tu pojawia się Edyp, ale są również kobiety, które krzywdzą swoje dzieci z premedytacją, odczuwając z tego powodu ulgę lub satysfakcję: czerpią ich kosztem korzyści seksualne(pedofilia), są zazdrosne o ich sukcesy (tu przeważnie relacja matka-córka) lub obwiniają je o swoje niespełnione marzenia. Patologiczny odłamek ludzkości obejmuje również grono matek. Narcystyczny typ często nie potrafi nawet kochać swoich dzieci lub przynajmniej dostatecznie mocno, by ich dobro przedłożyć nad swoje.

 

Ojciec, który po paru głębszych robi awanturę w domu jest jasno klasyfikowany jako patologia – i oczywiście raczej słusznie. Natomiast matka: miewa humory, ma zły nastrój, jest rozchwiana emocjonalnie, cierpi na histerię.

Zmierzenie się z faktem, że matka może krzywdzić dziecko jest wciąż dla społeczeństwa trudne, głównie przez pryzmat etosu Matki Polki – to jej postawa pozwoliła naszemu narodowi przetrwać, bo kiedy nasi ojcowie bili się o niepodległość, matki w pocie czoła pielęgnowały polskość u kolejnych pokoleń rodzonych w niewoli. Matka jest czuła, kochana, uległa, wybaczająca, należy ją chronić przed złymi wiadomościami, wrażliwa, empatyczna… Matka jako etos zapewne tak, tymczasem matka to tylko człowiek i ma swoje wady, a wręcz rzadko bywa modelem z obrazka: żyje, czuje, choruje, płacze, myli się, popełnia błędy. Jej nieposzlakowany wizerunek i przeświadczenie, że każde działanie matki jest wyrazem jej miłości, niezależnie od konsekwencji tych działań ma również swoje ciemne strony: nie pozwala na chłodną kalkulację zachowań rodzicielki i tworzy presję, z którą wiele kobiet sobie nie radzi.

 

Z zasady większość matek kocha swoje dzieci miłością niepodważalną i choć czasem ich postępowanie jest błędne, to przyświecają im szlachetne cele – dobro dziecka.

Natomiast nie każda matka automatycznie zawsze wybiera taki model zachowań: toksyczne matki nie umieją przedłożyć dobra dziecka powyżej swojego. Dziecko, jako nowa istota w centrum uwagi, może odbierać uwagę rodziny i ojca, którą do tej pory miała na wyłączność. Może być źródłem stałej frustracji, kiedy nie spełnia oczekiwań matki: jest chore lub niedostatecznie zdolne jak na jej wyobrażenia. Może przypominać o szansach, które przepadły, kiedy na teście ciążowym pojawiła się informacja, że nie zdasz do teatralnej, na pewno nie w tym roku. Przede wszystkim dziecko się nie obroni i jest od nas zależne, zatem łatwo się na nim wyżywać, łatwo je gnoić, bo nie ma dokąd pójść. Szczególnie, kiedy nie ma zainteresowanego dzieckiem ojca lub nie jest na tyle asertywny/odważny, by wkroczyć w sytuacjach negatywnych. Toksyczne matki są często paniami sytuacji – ich pozycja w domu i związku jest niepodważalna, z różnych przyczyn ich decyzje rzadko są kwestionowane. Otoczenie wręcz jest gotowe poświęcić dziecko, by negatywne cechy jej osobowości wyładowywały się na worku treningowym, niż toczyć wojny ze szczególnie ciężkim typem.

 

Wspomniałam na początku wpisu, że dużo ciężej oceniamy negatywne występki matek – kiedy czytamy w mediach o tym, że matka zabiła lub zgwałciła. Nie mieści się nam to w głowach.

Tak bardzo, że nie dopuszczamy do siebie myśli, że tak absurdalne zło, jak toksyczna terrorystka, może istnieć blisko nas. Ocenimy ją, kiedy ktoś dostarczy nam dowody pod nos, kiedy znajdziemy zwłoki. Toksyczny ojciec? Normalka! Niech go policja zabierze, alimenty płaci! Dadzą sobie radę!
Ale jak to tak zabrać dziecko matce?
Miłość matki do dziecka jest dla nas czymś tak elementarnym w życiu ludzkim, że nie chcemy nawet o takich patologiach słyszeć. Kiedy zaś usłyszymy i mamy to na papierze, dopiero linczujemy i mamy do świata pretensje “bo nikt nic nie zrobił”. Bo kobieta dostała opiekę nad dziećmi, chociaż to znerwicowana alkoholiczka, ale jak to tak ojcu troje dzieci? Przed szkodą i po niej jesteśmy tak samo głupi, bo w umysłach ludzi nic się nie zmienia. Są dobre mamy, większość za swoje dzieci by zabiła i odjęła sobie z ust dla ich dobra. Są też okrutne ewenementy, niewykrywalne pod ochronnym parasolem #przemocmapłeć i łatki ojca jako głównego sprawcy zamieszania.
A tu o ofiary chodzi, które mają pokrzywione psychiki na resztę życia: nie radzą sobie z nauką, w kontaktach z rówieśnikami, nie układają im się związki, popadają w depresje lub strzelają do ludzi w tłumie. O nas wszystkich tutaj chodzi, bo to nieprawda, że chcącemu nie dzieje się krzywda. Czasem zło nas po prostu spotyka.

 

Typowe oskarżenia feministek [wyparte pragnienie mężczyzn]

Luźny film opisujący osobiste doświadczenia w przypadku konfrontacji z feministkami, zbierający zarzuty dotyczące relacji z mężczyznami. Dużo mówią o być może prawdziwym stosunku feministek wobec mężczyzn, ludzkiej zazdrości i o tym, kiedy pojęcie feministycznej solidarności wymyka się spod kontroli.

Czy społeczeństwo docenia kobiety?

Raczej nie. Jest to przykry, subiektywny wniosek. Społeczeństwo docenia feministki. Docenia postawy skrajnie egoistyczne i niemoralne, jak np. aborcja z powodu zbyt małego metrażu i to u pani, która nie mieszkała w zapleśniałym kartonie po telewizorze – co czasem przypominają mieszkania socjalne ubogich rodzin.
Społeczeństwo swoim przyzwoleniem na aborcję odarło kobiety z godności matki – dziś jesteś w ciąży, jutro nie, who cares. Tymczasem jest to (z biologicznego punktu widzenia) najważniejsza kobieca rola – nie ma innej kwestii w której kobieta jest tak niezastąpiona, jedyna w swoim rodzaju i unikalna, z czego wynikają jej największe przywileje. Nie ma istoty w historii ludzkości bardziej darzonej uczuciem niż matka. Dziecko, jako owoc bliskości, wiąże ludzkie losy oraz pisze nową historię. To umiejętność matczynego odczuwania jest darem od matki natury/Boga. Brzemienność (jak sama nazwa wskazuje) jest brzemieniem i darem jednocześnie. To od nas i naszego stosunku do naturalnych ról zależy, jak będzie postrzegane. Nasza postawa ma zmuszać świat do szanowania tej misji, której nie wybrałyśmy, a która wybrała nas. Ma zmuszać mężczyzn do traktowania poważnie narzuconych nam ról – ja jestem matką, Ty jesteś ojcem. Ja temu podołam, więc i Ty MUSISZ być mężczyzną, wypełniać swoje powinności, być głową, obrońcą i wojownikiem na straży naszej rodziny.
To od nas – kobiet zależy kształt społeczeństwa, bo je wydajemy na świat i wychowujemy. Nie pozwólmy by ekstremizm odbierał nam te przywileje i sprowadzał do roli to pustego, to znów pełnego inkubatora. Nie jesteś brzuchem, macicą – jesteś matką. To więcej niż się współczesnemu feminizmowi wydaje.

Feminizm nie jest lekarstwem na kobiece problemy [VIDEO APEL DO KOBIET]

Film skierowany głównie do kobiet, które nie mają jasnego stosunku do feministycznych postulatów, szukają w nim oparcia i szacunku oraz dlaczego wcale tego w feminizmie nie znajdą.

Zapewne sam film wzbudzi wiele tolerancji i poszanowania dla poglądów odmiennych niż te głównego nurtu, ale niech i tak będzie – dziękuję za każdego suba i pozytywne łapki!

 

Masz prawo do własnych wyborów i swojego życia, pod warunkiem, że wpisujesz się w nowoczesny kanon – MAMO MUSISZ DO PRACY!

Na początku prowadzenia strony na Facebooku popełniłam krótki wpis na temat matek, które w domu tzw. “siedzą”. Wracam do niego dziś, skoro strona jest zamknięta przez cenzurę, to przeleję wszystko powoli na oficjalną stronę, dzięki temu nie zginie.

Warto poruszyć oklepany temat nic nie robiących matek siedzących w domu z dziećmi. Najlepiej odpuścić sobie zdania “ekspertów” i wziąć pod lupę słowa zwykłych bohaterek, które codziennie spotykają się z ostracyzmem, ponieważ nie realizują się zawodowo – nie muszą, nie chcą, ich priorytety i możliwości są inne, a przez to ich wartość i rola w społeczeństwie są umniejszane.

Idąc torem wolnościowego sposobu myślenia – to rodzina rozdziela role i decyduje o tym, czym zajmują się jej członkowie. W praktyce panuje jednak nacisk, aby kobiety były supersamicami – rodziły dzieci, wychowywały je bez niczyjej pomocy, a nierzadko jeszcze dopieszczały po drodze męża i do tego realizowały się zawodowo. Ilu ludzi, tyle opinii, nie można zadowolić wszystkich, jednak coraz większe parcie na konieczność pracy zarobkowej kobiet “bo tak”, bywa toksyczne dla rodzin.
Pracujemy, by mieć pieniądze, godnie żyć, na wysokim poziomie. A jeśli mąż jest w stanie zaspokoić potrzeby rodziny swoją pracą i żona decyduje się na pozostanie w domu? Ile wykrzywionych twarzy rzuci pod nosem “darmozjad”, “leniwa”, “a co ona będzie w domu robić”. Jak gdyby wartość człowieka zaczynała się i kończyła na tym, ile pieniędzy do domu przyniesie. Praca jest ważnym elementem życia ludzkiego, z pracy żyjemy my i rodzina, praca wytwarza wszelkie dobra, którymi się otaczamy. Natomiast nie każda praca jest przeliczalna na pieniądze – ba, kiedy usiłujemy ją przeliczyć, kalkulując ile by kosztowała sprzątaczka, kucharka, niania i każda inna pomoc domowa, to okazuje się, że praca kobiet mogłaby być ceniona wyżej niż to, co mężczyzna jest w stanie zarobić. Dla wielu to ciągle zbyt słaby argument, by dać kobietom i rodzinie żyć swoim rytmem i demonizują indywidualne wybory małżeństwa. Teściowe bywają bardzo pomocne, kiedy trzeba chronić synów przed ich pazernymi, leniwymi żonami.

Tymczasem apel do społeczeństwa jest od zawsze jeden i ten sam: to rodzina decyduje, kto przejmuje jakie obowiązki. To Państwo decydujecie, kto pracuje, a kto zostaje w domu, kto wynosi śmieci, a kto gotuje obiad. I nie powinniście Państwo się przed nikim tłumaczyć i czuć się winni. Niżej kilka słów od konkretnej osoby, która w jednym ze swoich postów opisała swoje “leniwe, wygodne życie” we wpisie na MamaLife.pl

Jeśli jesteś Mamą, która pracuje w domu, nie daj sobie wmówić, że jesteś gorsza. W dzisiejszych czasach utarło się, że Kobieta musi mieć 100 twarzy. Musi ogarniać dom, być Mamą, Żoną, Kobietą, Ale też Niańką, Kucharką, Ekspertem od DIY. Musi się znać na rachunkach i bankowości. No i oczywiście MUSI przynosić do domu pieniądze. Bo równouprawnienia chciałyśmy? To mamy. Dlatego powstały żłobki i punkty całodobowej opieki nad dzieckiem. Bo Mama musi wracać do pracy. Najszybciej jak się da. Oczywiście kiedy nie ma innej opcji i praca kobiety to must have, to nie ma gadania. Ale gdyby praca, była jedynie Twoją aspiracją to daj na luz. I pomyśl. Ileż cudownej pracy wykonujemy my wszystkie w domu. Pracy za zamkniętymi drzwiami. Pracy, za którą nikt nam nie płaci. Pracy, która wydaje się być niezauważona. Zobacz też, ile wysiłku wymaga to wszystko od kobiety, która dodatkowo pracuje na etacie. Ona ma do ogarnięcia wszystkiego tylko kilka godzin … gdy padnięta, zestresowana wraca z roboty do domu …

I choć lubię samorozwój … ja znalazłam sposób na to, by pracować w domu. Może i Tobie się uda? Może masz ukryte talenty, które w Tobie drzemią i czekają tylko, aż je wykorzystasz? Może uda Ci się na nich zarobić?

Ale nawet jeśli życie zweryfikuje Twoje plany, ciesz się każdą minutą „domowej pracy”. Bo dzięki niej jesteś z dzieckiem 24 godziny na dobę. Widzisz pierwszy uśmiech, pierwsze kroczki. Ty. Nie – nikt inny. I uwierz mi, Mamusie, które pracują dałyby dużo, by się z Tobą zamienić. Więc piersi do przodu, cycki w górę i z dumą mów, że jesteś „domową kurą”. W dodatku sexowną kurą 🙂

A! I ja też czasem padam na pysk. Ale jestem szczęśliwa 🙂

Źródło obrazu

Historia jednego dziecka – CZY W LUDZIACH COŚ PĘKŁO? NIE DLA UPAŃSTWAWIANIA LUDZI

Stawiam sobie to pytanie, jest ono dla mnie osobiście bardzo ważne. Alfie Evans przez swoją męczeńską walkę z okrutną machiną bezdusznych urzędników stał się symbolem. Oczywiste było, że tę walkę przegra – ciało schorowanego chłopca nie mogło długo mierzyć się z interesami ludzi możnych, a to jedyny wniosek jaki mi się nasuwa: w śmierci Alfiego ktoś musiał mieć interes, czy to organy, czy zatajenie prawdy, to już kwestia drugorzędna. Istotne jest to, że Wielka Brytania, Theresa May, królowa Elżbieta II i cały zgniły aparat urzędniczy na to pozwolili. Pewnie nie mieli większego interesu, by nie pozwolić. Co z tym zrobią Brytyjczycy? Co z tym zrobimy my?

Te pytania wydają mi się ważniejsze, ponieważ mam takie poczucie, że pod płaszczykiem demokracji i tolerancji, wypaczenia moralności etyki uwierzyliśmy, że era niewolnictwa się zakończyła. Ona trwa sobie w najlepsze, przykład Alfiego to tylko jeden z wielu, zostały tu złamane wszystkie z możliwych praw jego i jego rodziców. W majestacie obowiązujących przepisów, przy milczeniu brytyjskich możnych. Czy będzie tak jak z zamachami? Przepraszam, “incydentami”? Czy przywykniemy do próby usypiania ludzi jak bezpańskie psy, a gdy jeszcze zwierzę jedne walczy, bo bezczelnie chce żyć, to zakażemy mu jeść? Czy jest na to społeczna zgoda?
Zjednoczenie tak wielu środowisk w imię tej sprawy daje mi nadzieję, że nie – tylko czy wyciągniemy z niej wnioski. Czy kiedy już opadną emocje, racjonalnie będziemy umieli zauważyć analogię pomiędzy obecną sytuacją Europy Zachodniej a naszą niechybną przyszłością, czy ten racjonalizm pchnie nas ku jawnemu sprzeciwowi – NIE DLA UPAŃSTWAWIANIA LUDZI. Czy zasiądziemy teraz przez telewizorem i zapomnimy? Pośrednio na pewno, bo nie dałoby się żyć bez przerwy rozdrapując niepokój, ale czy udało się tej sytuacji wreszcie wybić wyrwę w mentalności homo sovieticus? Czy zaczniemy się zastanawiać w czyje ręce oddajemy swoją wolność jednostki – jedną z najcenniejszych rzeczy – w zamian za święty spokój? Za niezadawanie pytań? Czy chcemy sobie bezpiecznie żyć w wytapetowanych inkubatorach, zanim ktoś zapuka do drzwi i oznajmi, że nasz czas się skończył, a jak nam się nie podoba, to nas wyniosą? A rządzący przemilczą, oby do jutra? A potem następny i następny.

O co mi się w zasadzie rozchodzi przy tych wypocinach: Twoje zdanie się liczy, Twój sprzeciw jest ważny, Twoja opinia też. To demokratycznym politykom zależy byś myślał, że nic zmienić nie możesz, abyś nie protestował i raz na cztery lata wykonał jeden ruch motywowany jakąś dziwną rozpaczą, która rośnie i rośnie. To lobby interesów za cel przyjęła podsuwanie łatwego i zjadliwego tematu, byle zatkać ludziom usta byle czym, oby tylko nie drążyli, bo to dla tych na górze nie jest dobre. I tak niewolnik dostał więcej, niż przydział przewiduje. Puścimy spot w telewizji i w internecie, wykreujemy w nim lęk i potrzebę a potem sprzedamy mu lekarstwo, żeby poczuł się dobrze. Bezpiecznie. Dopóki nie zapukają po sąsiada.

Tematyka sprzeciwu poruszana tutaj jest analogią wszystkiego – nasze wybory mają znaczenie: co jesz, co oglądasz, z jakiego portalu korzystasz. Nie możesz myśleć, że ty jeden nic nie zmienisz. Sto tysięcy takich jak ty to armia i potrafi zdziałać wiele dobra właściwymi decyzjami.

Apel końcowy: nie zmarnować tej walki, którą Alfie prowadził, tej nowej świadomości, przepchnięcia się przez próg obojętności na samych siebie, bo to o gatunek ludzki tu przecież chodzi, nie zaprzepaścić nowych horyzontów i przyjaźni we wspólnym boju o odzyskanie elementarnych praw dla każdego człowieka. Nie czekaj aż ostatni pociąg ku wolności odjedzie, bo zostaniesz tu sam. I wtedy przyjdą.

Link do obrazu

Jak ludzie mogli być zdolni do holocaustu? – SPRAWA ALFIEGO EVANSA

Jako dziecko i nastolatka byłam zapaleńcem historii – do dziś jestem, choć hobbystycznie, nie skupiając się na datach, raczej chłonąc wydarzenia, akcję i analizując rezultaty. II wojna światowa była dla mnie tematem fascynującym przez pewien czas – na etapie nieświadomości. Taka fascynacja skalą okrucieństwa i ciekawość granicy ludzkiego zła jest chyba dość typowa dla bardzo młodych ludzi, których wyobraźnia ogranicza się do abstrakcji – przeszłości, w poczuciu względnego bezpieczeństwa, w braku wizji zagrożenia. Takie osoby nie zawsze umieją przełożyć konkluzję na to, co ich otacza, bo po prostu świat jeszcze za mało znają, za mało rozumieją – nie rozumieją polityki, prawdziwych ludzkich intencji, wydaje im się, że rozumieją, a tak naprawdę odbija się to od nich jak echo przeszłości. Zrozumienie przychodzi z wiekiem, kiedy dociera do nich, że nie jesteśmy wolni od przeszłości, w każdej chwili może powrócić.

Osobiście dostrzegam paradoks wiedzy współczesnego człowieka: wcale nie chroni go przed wpadaniem w te same pułapki. To trochę jak z “To nie był prawdziwy komunizm”. Zdawałoby się, że jeden holocaust wystarczy by zrozumieć jak cienka potrafi być granica pomiędzy człowiekiem jako podmiotem a przedmiotem. Jak niewiele w nas brakuje, aby z sacrum uczynić profanum – to się nie odbywa od razu. Powoli: dehumanizacja ludzkiego płodu, selekcja przeznaczonych do życia i do śmierci, wypaczenia pojęć “dobra” i “zła” przez mierzenie ich skalą użyteczności, a nie moralności, która również staje się przeżytkiem. Nihilizm, antynatalizm, pochwała egoizmu – nowe cnoty wpajane kolejnemu pokoleniu.
Człowiek w swej wyższości nad zwierzęciem jest zdolny do zapanowania nad swoimi prymitywnymi odruchami – jest wyposażony w sumienie (moralność) i poczucie wstydu/winy, jako osobisty kompas wskazujący do tej moralności drogę. Daje sygnał, kiedy zbaczamy z dobrej ścieżki. Cała kultura zbudowana jest na wychowaniu w poszanowaniu tych dwóch elementów – zwierzęta ich nie mają, dlatego są zdolne do wszystkiego. Człowiek może je jednak skutecznie wyciszać lub wypaczać, stopniowo modyfikując podstawy swojej moralności wraz z wyzbywaniem się poczucia winy/wstydu. Mam wrażenie, że współczesny człowiek nie wie, jak ważne to elementy ludzkiej natury – to smycz, która pozwala nam nie zgubić samych siebie.

Tak wyzbywamy się poczucia winy/wstydu za haniebne zajęcia: nie wiń mnie za prostytucję. Nie wiń mnie za aborcję. Nie wiń mnie za mój alkoholizm. Nie wiń mnie za zdradę. Zdejmijcie ze mnie ten wstyd i poczucie winy – często tylko to jest blokadą przed posunięciem się do wielu okropności. Do okropności można zaś się posunąć jeśli zostaną odpowiednio zracjonalizowane – aborcja z biedy, alkoholizm z depresji, zdrada za zaniedbanie. Czy to czyni te występki bardziej usprawiedliwione, mniej złe? Jedyną sytuacją w której można zracjonalizować okropieństwo jest samoobrona, siebie lub bliskich. Jak widać i to staje się wypaczone – dla niektórych lekarstwem na chorobę (samoobroną) staje się śmierć.

Dobro i zło mierzone użytecznością przybiera różne formy – komunizmu, narodowego socjalizmu, holocaustu. W pewnych przypadkach dochodzi do tak skrajnego rozmycia tych pojęć, że poczucie wstydu/winy się po prostu wyłącza, a z nim cała empatia. Pozostaje kategoryzowanie, czy chłopcu w śpiączce należy podać pożywienie, zajmuje łóżko i przestrzeń, tak jak kiedyś Żydzi i każdy kto im pomagał zajmowali “niemiecką przestrzeń życiową”. Do tego być może uda się sprzedać organy dzieciaka, i tak umrze, nie będzie się skarżył. I tak nie mówi. W ostatecznej kalkulacji kiedy wyciszyć siebie, to te pieniądze to zapłata jak każda inna, w końcu to wymiana dóbr. Będą użyteczne, w przeciwieństwie do tego dziecka, prawda?

Jeśli nie chodzi o zwykłe wyciszenie humanitaryzmu dla zysku, można zdiagnozować problem dużo głębiej: w faktycznym zniszczeniu moralności ludzkiej przez antynatalizm – ideę zaprzeczającą sensowności istnienia. Skoro istnienie traci sens, to również sama walka, a zatem staje się niepotrzebnym wysiłkiem, który można zaniechać – przecież to rozsądne i… dobre.

Abstrakcją był dla mnie kiedyś holocaust – idea zabijania ludzi, bo przestali spełniać nasze kryteria użyteczności kwalifikujące ich jako osoby ludzkie/dostrzegając ich większą użyteczność jako trupy. Byłam przekonana, że do czegoś takiego ludzi trzeba zmusić. Dziś już nie mam złudzeń – odpowiednio zmanipulowana osoba tresowana do odrzucenia moralności i poczucia winy jest gotowa w zasadność dowolnych antyludzkich i antykulturowych postulatów uwierzyć. Paradoks współczesnego człowieka: tyle wie, a w sumie nie wie nic, bo jest gotowy nadal dopuszczać się holocaustu na ludziach, którzy stracili ludzką miarę w jego oczach. Po trochę: Charlie Gard, Alfie Evans. Tylko nie wie, że jutro, kiedy straci przytomność i wyczerpie się jego użyteczność, raz, dwa, trzy, zamordowany będziesz Ty.

Link obrazka

Kryzys męskości – jak feministki chcą, to tak będą mieć wszystkie kobiety

Link do obrazu

Obserwuję i widzę reakcje niektórych mężczyzn, którzy odpuszczają.
Odpuszczają kulturę osobistą, kurtuazję, szarmanckość, bycie gentlemanem.
Odpuszczają poprawne relacje z kobietami, nawet nie starają się o ich względy, nastawiają się na bycie zdobywanym, co się w zasadzie z całym “ja” mężczyzny kłóci.
Odpuszczają aborcję, bo skoro krzyczące feministki kreują taką rzeczywistość, to spoko – dają się uciszać, bo po co się wychylać.
Odpuszczają wychowanie własnych dzieci, bo z systemem nie wygrasz, bo otoczenie je zepsuje, bo czasy się zmieniły i silna ręka ojca już nic nie znaczy.

Słyszę to tak często, że chce mi się od tego rzygać. A jeszcze częściej słyszę, że to wina kobiet.
Niektórych na pewno, a nawet wszyscy wiemy jakich, natomiast nie jest to dla mnie – kobiety w to lobby się niewpisującej – żaden argument. Nie jest dla mnie uzasadnieniem “bo wszyscy tak robią”, “bo wszyscy tak mówią”. Prawda leży tam gdzie leży, a nie tam, gdzie wszyscy mówią, że leży. Prawdą jest zaś to, że mężczyzna który się poddał, jest już w zasadzie martwy, a z nim cała nasza cywilizacja.

Mężczyzna-wojownik to stary jak świat archetyp i to nie bez powodu.
Mężczyzna, który broni, zdobywa, podbija i walczy jest jedynym gwarantem tego, że kobiety w swej naturze gniazdownika będą miały możliwość tę zdobytą i chronioną przestrzeń zagospodarować. Kobieta-gospodyni to wizja szersza niż kuchnia – to, co przychodzi pierwsze na myśl. To architekt całego społeczeństwa, zaczynając od komórki rodzinnej – wydanie na świat potomstwa, dbania o domowe ognisko i rozwój emocjonalny dzieci – aż po charakter i więzy lokalnej społeczności. Nie jest to możliwe bez męskiej opieki nad społeczeństwem. To również w szerszym znaczeniu – ponieważ mężczyzna musi obronić wartości, by kobieta mogła je wprowadzać w życie, musi zadbać o przestrzeń dla kobiety. Ta kooperacja – zdrowa, zespolona trwałymi wartościami rodzinnymi, monogamią, wiernością i wzajemnym szacunkiem – gwarantuje społeczeństwu rozwój, właściwy kurs i ochronę od zepsucia.
Feministyczne postulaty nie są postulatami kobiet, choć sobie usiłują ten tytuł przywłaszczyć. Dlaczego kiedy mówi się o zwycięstwie zgniłej mentalności feminizmu/marksizmu wszystko sprowadza się do kobiet? Tak nie jest, nie one ten ruch wymyśliły, na pewno nie był to kolektyw, a takie pochopne zrzucanie winy budzi gniew i potęguje konflikt, na czym przecież temu ruchowi zależy.

Apel do mężczyzn jest bardzo prosty: musicie być silni. To mężczyzna jest tarczą, on ma trwać i ochraniać, a jeśli spotkają właściwą kobietę, której wartości pragniecie widzieć na ulicy, to ją musicie postawić na piedestale z transparentem “Takie Kobiety Chcemy”.

Poza feministkami i tradycjonalistkami jest wiele nieukształtowanych i niepewnych kobiecych dusz, podatnych na te podtrucia. Przy takim poziomie propagandy wystarczy, że raz się natnie i może być już spalona, a tego nie chcemy. Dla dobra nas wszystkich, wystarczy spojrzeć co pozostawimy po sobie kolejnym pokoleniom, czy będą miały do czego się odnosić nad przepaścią i o co walczyć. Czy w ogóle pozostawimy im świat, za który nam podziękują, czy nauczymy ich zdrowych, mądrych relacji, pokażemy jak się buduje rodzinę trwałą do grobowej deski jak i po śmierci – że w pewne obietnice wierzyć warto i że są one ważne, a w poszukiwaniu sensu życia wręcz kluczowe.
Mężczyźni muszą znowu walczyć o nasze idee – to może zniechęcać, bo to jest trochę jak ten Syzyf, męska walka nie kończy się nigdy. Wieczna warta, z pokolenia na pokolenie, nie doceniamy jej, dopóki mężczyźni swojego zadania nie porzucą “na złość kobietom”. Choć nie wiedzą sami, że robią krzywdę przecież sobie.

Kobieta w patologicznym związku – wina faceta, a jak

Link: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,115167,22145992,9-na-10-zon-alkoholikow-trwa-przy-swoich-mezach-natomiast-9.html

 
Wpadł mi w ręce dość stary twór naczelnych polskich rakówek.
Od tematu kobiet, które mają częściej trwać w patologicznych związkach niż mężczyźni, płynnie przechodzimy w wynaturzony coaching egoizmu.
Przeczytałam w tym artykule, że mniej mężczyzn pozostaje w takich związkach, ponieważ są “niedostosowani do opiekowania się innymi”.
Te feministyczne paradoksy – podczas gdy cały konserwatywny świat walczy o to, aby przywrócić stan mężczyzny-męża-ojca-opiekuna-wojownika, te kobiety walczą o prawo facetów do znieczulicy i jeszcze potem na ten fakt narzekają, kiedy okazuje się to nieprzydane i niewygodne.
I tak prawdę powiedziawszy, cała teza jest błędna: mężczyźni są kulturowo dostosowani do opiekowania się rodziną, do zajmowania się bliskimi i dbaniem o ich byt. To feministkom bardzo ten stan rzeczy przeszkadzał i postanowiły się wtrącić, biorąc na swój garb co się da, przy akompaniamencie jęków i stęków na ciężki los.
I jeszcze albo przekonały mężczyznę, by tak uważał, albo on sobie na takiej propagandzie dla nieszczęśliwych kobiet zarabia.
Wątek, który pojawił się później, zaskoczył mnie totalnie: zaczęto przyrównywać opiekę nad każdym innym chorym do współuzależnienia. Okazało się, że opieka nad ciężko chorym rodzicem czy dzieckiem jest takim samym problemem i należy się od tego odciąć. Padają fantastyczne frazesy: o potrzebach, indywidualności, własnym życiu, planach i marzeniach. Powiem tylko jedno: nie chciałabym ciężko zachorować w pobliżu autora tego tekstu.