Macica Kobiecie Macicą – JAK POWSTAŁA WROGINI

Wpis ma charakter wybitnie satyryczny i będzie dotyczył osobistych doświadczeń obcowania po przeciwnej stronie barykady – trochę o tym, jak narodziła się Wrogini Kobiet.

Feminizm w przestrzeni publicznej kreowany jest na ruch, który w swej wspaniałomyślności dba o interesy kobiet.
Interesy kobiet.
To jest temat na inny wpis zatem nie będę go rozwijać, dodam jedynie, że to wątek bardzo rozległy i tak dwojako przez rozbieżne środowiska rozumiany, że aż na śmiech bierze.

Pomoc wzajemna kobiet, motywowana takimi hasłami jak: “W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie pomagały innym kobietom” M. Albright, dotyczy wpisywania się za wszelką cenę w sposób myślenia i postępowania jasno nakreślony przez ideę feminizmu. Dlaczego? Bo to feministka ma być nowym wzorem kobiecych cnót, ambicji, przymiotów i nowych zachowań, zarówno dla wszystkich kobiet jak i dla mężczyzn. I 60+ innych płci. Aby ten proces się dokonał, konieczne było przekonanie kobiet, że są z natury stawiane w gorszej sytuacji i dlatego należy im się więcej od mężczyzn w ramach sprawiedliwości i dążenia do zrównania tego dysonansu, a w końcowym stadium mogą absolutnie porzucić dotychczasową formę kobiecości, na rzecz nowej – lepszej – feministycznej.

Nie będę zajmowała się rozmontowywaniem na części pierwsze tego błędnego od podstaw założenia, przejdę do meritum: mężczyzna jest naturalnym przeciwnikiem kobiet i im bardziej będzie się bronić, tym bardziej będzie utwierdzał feministki w słuszności ich idei. Jeśli nie będzie się bronił, to też, ot taka logika. Niefeministyczna kobieta jest zaś czymś stokroć bardziej niebezpiecznym – jest patogenem w organizmie nowego ładu, który trzeba zwalczyć: albo wyleczyć, albo zniszczyć, innej drogi nie ma. Aby to zrobić, należy ją przedefiniować: zbrojne ramię patriarchatu, kura domowa, nieszanująca siebie zdrajczyni. Wróg. W żargonie feministycznym: Wrogini.

Czym się taka Wrogini w ujęciu feministycznym różni od “normalnej kobiety”, czyli feministki?
Nie słucha się. No nie i koniec. Bóg jeden wie, czemu, choć na pewno nie istnieje i wariatka go sobie wymyśliła, żeby jej było jakoś raźniej w tym bagnie w którym brodzi, zwanym małżeństwem lub życiem rodzinnym, jak kto woli.
Nie słucha się, choć feministki chcą dla niej dobrze: chcą ją przestawić na feministyczne myślenie, by zrozumiała jak opresyjny jest wobec niej świat i dlaczego jej życiowe szczęście jest nieuzasadnione. Chcą ja zmusić do pójścia do pracy, nie tylko dlatego, że praca czyni wolnym, ale też po to, żeby miał kto na urlopy, zasiłki, dodatki, daniny, podatki, dotacje i granty robić – sami faceci nie wyrobią, a skoro chcemy je dostawać, to ktoś robić musi. Chcą jej pokazać, jak to nie warto mieć rodziny i się szczególnie na niej skupiać, bo osobiste doświadczenia feministek pokazują, że rodzina jest do dupy i nie ma czegoś takiego jak bezwarunkowa miłość i troska – musiałby się znaleźć jakiś odpowiedzialny i wierny facet, ale wśród gwałcicieli gdzie takich szukać? Państwowa emerytura – tylko to się liczy. Feministki chcą dać Wrogini aborcję, żeby wreszcie mogła zrzucić z siebie brzemię męskiego plemnika, które się bezkarnie w jej ciele rozpycha – Boga nie ma, ty nim jesteś, uświadom to sobie, sobie. Feministki walczą, żeby Wrogini nie tylko wybrała sobie wreszcie słusznego pana, bo lepiej, żeby eksploatował cię feminizm, a nie jakiś patriarchalny cieć spod znaku heteronormatywności, ale zrozumiała, że należy go hodować, jak bezglutenowe mięsko z tofu.

Tyle feminizm chce dać, a ona nie chce – pomiot patriarchatu.
Feministki tłumaczą sobie to na różne sposoby, raz łagodniej, raz ostrzej: przez lęk od opuszczenia swoje kata-mężczyzny, taki sztokholmski syndrom, po głupotę i definicyjnie mniejszą liczbę szarych komórek niż feministka, która je miałaby dostawać w prezencie, pod warunkiem, że się bezrefleksyjnie do idei dostosuje i nie będzie ich specjalnie używać.

Feminizm wie, że czas przekonywania się skończył i musi dojść do ostatecznego rozwiązania kwestii Wrogiń Kobiet na całym świecie. Należy je zwalczać: demokratycznie i z poszanowaniem ekologiczno-aborcyjnego systemu odebrać im prawo do głosu, wyciąć z debaty publicznej, zapędzić do kuchni i tam po lobotomii zostawić aż doczekają resztki swoich dni jako nie-kobiety, byle nie rozsiewając zarazków dalej, bo wtedy będzie trzeba wysłać Antifę z Rafalalą, żeby zrobili porządek.

Wrogini nie zasługuje na feministyczny szacunek, bo nie chce wyrazić poparcia dla aborcji, prostytucji czy zmiany prawa na rzecz lobby feministycznego: należy jej zatem życzyć gwałtu, chorego dziecka, faceta, który z definicji będzie ją bił i pił oraz całego zestawu cierpień, o których rozczytują się namiętnie studentki feministycznego tańca eksperymentalnego w Gazecie Wyborczej.

Wrogini sobie żyje, ma się dobrze, ale nie tkwi bezpiecznie od lat na dnie Rowu Mariańskiego – żyje i uprzykrza feministkom życie.

Zachęcam do dania znaku, żem dotrwał do końca.

Źródło obrazu

Co mi dały feministki – NORMALIZACJA POWAŻNYCH ZABURZEŃ

Feminizm powinien przestać wreszcie być postrzegany jako ruch prokobiecy – jest to ruch profeministyczny i antykobiecy. On nie realizuje postulatów właściwych kobietom, lecz idee konkretnych lobby, z którymi ma zbieżne interesy: tak samo lobby LGBT nie sprzyja homoseksualistom, a tym, którzy na wykorzystywaniu naiwności konkretnych osób zarabiają, lobby proaborcyjne nie sprzyja kobietom, lecz dostarcza klinikom przychodów, lobby gender nie sprzyja osobom zagubionym – pogrąża ich w niejasnej sytuacji pod pretekstem “bycia sobą”, dosłownie tworząc sobie konsumentów treści, które sprzedają. Feminizm to biznes dla naiwnych, ukryty pod płaszczykiem wielkiej idei i warto zdawać sobie z tego sprawę.

Natomiast może okazać się bardzo niebezpieczny dla społeczeństwa z powodu normalizacji poważnych zaburzeń, na które cierpią niektórzy wyznawcy ideologii gender.

Ze zdumieniem oglądam reportaże o osobach, które każdego dnia budzą się i utożsamiają się z inną płcią – czy to kobietą, czy mężczyzną, czy 60+ z wymyślnych nazw, których nawet w Polsce chyba jeszcze nikt nie rozszyfrował (szukałam!). Jestem zażenowana, że telewizja z takich zaburzeń robi sensację i wraz z lobby gender utwierdza tych nieszczęśników w przekonaniu, że ich stan jest normalny, zdrowy a wręcz pożądany. Takie osoby nigdy nie będą szukały dla siebie ratunku, pomocy, terapii. Stają się w swoim środowisku celebrytami na których trzepie się kasę, a to jak się czują, kiedy ustają brawa i gratulacje, już nikogo nie obchodzi.

Jasna tożsamość płciowa jest niezmiernie ważna. Jeśli nie umiem jej określić, to czy umiem określić jasno KIM JESTEM? Płeć i seksualność jest niezbędną częścią składową naszej psychiki – te zwichrowania rzutują na całe życie: jeśli nie wiem ostatecznie kim jestem, to jak mam wiedzieć DOKĄD ZMIERZAM i JAKI MAM CEL? Tylko odpowiedź na fundamentalne pytanie może pozwolić mi na przejęcie kontroli nad moim życiem.

Jeśli ktoś bardzo chce zmienić płeć, jest dorosły i za siebie odpowiedzialny to niech to zrobi – nic mi do tego, natomiast niech nie traktuje swojego stanu jako naturalny i normalny, a już tym bardziej nie próbuje przekonać reszty społeczeństwa, że są chorzy.
Cała lewacka propaganda oparta jest na rozpaczliwej próbie udowodnienia, że ktoś tu komuś zabrania być szczęśliwym – do tego stopnia, że musisz skonsumować, przyswoić i wtopić się w jedyną słuszną wizję szczęścia, nawet (a może zwłaszcza!) przez akceptację zachowań rozumianych w społeczeństwie jako patologicznych, czyli np. nieumiejętność jasnego określenia się kim jestem. Dochodzimy do etapu kwestionowania namacalnego stanu rzeczy w imię ideologii, czy biologicznych aspektów płci i tożsamości na rzecz wydumanych pragnień. To się nie może skończyć dobrze – osoba utwierdzania w przekonaniu o słuszności swoich działań nigdy nie stanie na nogi, nigdy nie spróbuje dojść do sedna problemu. Tu już nawet nie chodzi o zmianę płci – lecz o osoby, które w całej ideologii gender szukają wyjaśnienia dla swoich zaburzeń psychicznych, których nie da się uzasadnić logicznie nawet ideą. Te osoby są jawnie i w białych rękawiczkach krzywdzone, bo społeczeństwo daje przyzwolenie na ich zagubienie i poklepywaniem po plecach nie pozwala wziąć się za siebie.

Paradoks gender polega na tym, że wszystkie reguły wydają się pisane jakby na kolanie, choćby przez pryzmat takiej Rafalali, która pragnie być kobietą i jak sama mówi – jest kobieca i kobietą się czuje: przywdziewa kobiece ubrania, nosi długie włosy i makijaż, podczas gdy samo gender i LGBT krytykuje utożsamianie płci z jakimikolwiek konkretnymi przymiotami i “konstruktami społecznymi” jak ubiór, styl czy nawet same cechy płciowe. Gender jako niebezpieczna idea powstał tylko po to, by kreować konsumentów dla samej siebie, nie dla owych wyznawców. Jest sprzeczna u samych podstaw: propaguje idee bezwzględnej równości przy jednoczesnym określaniu z góry kto jest ofiarą a kto jest oprawcą w “opresyjnej rzeczywistości”, posługuje się hasłem “wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi” z jednoczesnym wyemancypowaniem “inności” – rozumianej w sposób stronniczy i krzywdzący dla każdego, kto nie chce otworzyć się na narzucane mu dziwactwa.

Dziękuję za uwagę i proszę o sygnał w komentarzu od tych, którzy dotarli do końca.

Źródło obrazu

Chorzy na seks – pokolenie niezdolne do normalnych relacji [MARKSIZM]

Źródło obrazu 

Miałam zająć się cyklem pt. “Co mi dały feministki” ale tak wyszło, że wiele elementów wyrasta z jednego pnia – a wszystko pochodzi od rewolucji seksualnej, którą dały nam feministki, niestety nie z własnej indywidualnej inwencji twórczej, ale jako mięso armatnie marksistów.

Seks stał się towarem. I to jednym z najlepiej sprzedawanych na świecie. Wyżej jest już chyba tylko władza.
Seksualizacja dzieci i młodzieży nie jest zjawiskiem nowym, choć nie każdemu znanym pod tą nazwą. Wielu ludzi zwraca uwagę na wiele symptomów negatywnego faszerowania dzieci treściami seksualnymi: mali-starzy, edukacja seksualna niedostosowana do wieku i poziomu dzieci (nachalna, ignorująca indywidualne życzenia rodziców i profilująca tendencyjnie na pobudzenie do współżycia), zaniżanie wieku rozpoczęcia aktywności seksualnej, a z drugiej strony znaczne opóźnienie rozwoju emocjonalnego i samodzielności względem poprzednich pokoleń.
Dlaczego powinno nam zależeć, aby nie narażać dzieci zbyt wcześnie na aktywności seksualne? Z tego samego powodu, dla którego marksistom na tym zależy: aby dzieci się rozwijały. Pobudzenie seksualnie ma to do siebie, że absorbuje wszystkie dziedziny życia i hamuje rozwój intelektualno-emocjonalny. Dlatego nie bez powodu trafne jest powiedzenie, że seks jest dla dorosłych – nie tylko przez samą wagę konsekwencji. Powiedziałabym, że na równi dlatego, by dać młodej osobie czas i przestrzeń na samorozwój i dorastanie. Człowiek, którego rozwój zatrzymuje się na etapie niewykształconych półprawd o świecie i sobie samym, korzystania z uciech atrakcyjnych dzięki pompowaniu w ciało nieprawdopodobnej ilości hormonów (to wiele wyjaśnia, dlaczego obecnie na punkcie hormonów medycyna ma świra i pragnie je podkręcać jak tylko się da – bo są tożsame z uciechą czasów beztroskich), zostaje wiecznym chłystkiem zapatrzonym w cele płytkie i mało ambitne – podatny na manipulację i propagandę, bo jego intelekt, ambicje i wewnętrzne pragnienia zostały zablokowane przez niewłaściwy rozwój. Można powiedzieć: idealny wyborca w demokratycznym świecie. Wychować dzieciaka na robota zapatrzonego we własne zezwierzęcone instynkty i rzucać mu ochłapy – kupować go po trochu, do zatracenia. Kupować obietnicą wiecznego hedonizmu, braku konsekwencji, przyjemności i rozpusty – bo czego taka osoba pozbawiona głębi może pragnąć, poza wyłącznie przyjemnościami, najmniejszym nakładem pracy?

Seks jako element prozaiczny, pozbawiony sfery sacrum, wyniesiony do gazet przy porannej kawie stał się kamieniem węgielnym pod upadek relacji międzyludzkich. Intymność i jej waga została zupełnie spłycona na rzecz pokoleń wychowywanych do wyzwolenia seksualnego. Seks prawem, nie towarem! A jednak jest sprzedawany na każdym rogu, napędzany właśnie rozbudzaniem w ludziach przeświadczenia o tym, że im się należy wszystko – również spełnienie seksualne. Można je zdobyć na dwa sposoby: dać je sobie samemu lub z drugą osobą. W związku z tym, że relacje międzyludzkie stają się oparte na seksualności – emocjonalne niedorostki nie umieją się zaangażować i tworzyć stałej relacji, bo to wymaga dawania od siebie, a nie tylko brania – zaczynają przypominać handel seksem. Powierzchowne związki oparte jedynie na fizyczności i kilku pchnięciach nie są wśród młodych ludzi rzadkim zjawiskiem. Jak w takich warunkach ma funkcjonować małżeństwo?

W świecie hedonizmu nie ma miejsca na małżeństwo – wymaga wierności i lojalności, za które zazwyczaj należy zapłacić innymi wygodami: ludzie się starzeją, ich ciała się zmieniają, wypadają z formy, czas ich przygarbia. W świecie opartym na czerpaniu przyjemności człowiek jest przedmiotem, z którego się czerpie i można go zmienić jak zabawkę, kiedy niewymienne baterie padną. Można wziąć rozwód. Ba – nie trzeba w ogóle się żenić, by to wszystko mieć. Chyba nie muszę tłumaczyć, gdzie w takich relacjach jest miejsce na dziecko, jeśli już akurat się go nie wyskrobie i czym życie w takich warunkach temu dziecku grozi.

Dla niektórych to zapewne jakaś apokaliptyczna wizja, która z rzeczywistością nie ma nic wspólnego. W moim odczuciu – nic bardziej mylnego. Wystarczy zwrócić uwagę na kruchość małżeństwa w dzisiejszych czasach, procent rozwodów, powodów rozwodów, romansów oraz metodę autoprezentacji młodych ludzi – dzióbki na insta w odpowiedniej pozie, akcentującej seksualność. Relacje rozpoczynające się seksem – “czy do siebie pasujemy” – bo w przypadku ewentualnych zgrzytów chodzenie wspólnie do kina jest “stratą czasu” i należy poszukać kogoś, z kim ma się lepszy orgazm. Nie pracuje się nad związkami – wchodzi się w nowe, nierzadko równie krótkotrwałe.

Seks był w jakimś stopniu towarem zawsze, nie tragizując, ale jego normalizacja w ramach małżeństwa miała swoje społeczne konsekwencje: potępienie w przypadku złamania tej obietnicy. Czasem słusznie, czasem nie, natomiast stałość wymagała odpowiedzialnego podejścia do drugiej osoby i chęci poznania się, dania czegoś od siebie – co by się przez tyle lat nie pozabijać. Za seks należało sporo zapłacić, dziś nie kosztuje prawie nic. Dziś nie ma tego bata, stałość nic nie znaczy, społeczne przyzwolenie na seksualną rozwiązłość sięgnęła zenitu. Prawdopodobnie dlatego, że za sznurki pociąga pokolenie postkomunistyczne, które patrzy w tej chwili dziwnym spojrzeniem na niektóre prostujące się moralnie dzieci – pragnące odnieść się do pokolenia dziadków, których wartościami są zafascynowani, bo ich nie znają, ale instynktownie odwołują się do nich, kiedy krytykują rewolucję lat 60., której owocami są nasi rodzice.

Młodzież zaczyna odczuwać na swojej skórze realne skutki seksualizacji – wyjałowienie i wypalenie, poprzez atakowanie nas treściami niemożliwymi do zrealizowania w życiu, scenariuszami pozornego szczęścia i pustych przyjemności. To nadal tylko jakiś % zapatrzonej w seks młodzieży, natomiast kropla drąży skałę. Podstawą jest uświadomienie rodziców, że seks nie jest zabawą, a ich dzieci nie są królikami inżynierii społecznej.

Co mi dały feministki? REWOLUCJA SEKSUALNA

Źródło obrazu

Rewolucja seksualna miała wyzwolić kobiety z jarzma patriarchalnego związku i małżeńskich obowiązków wobec niewdzięcznego samca, który nic nie daje, a tylko zabiera.
Temu tematowi warto przyjrzeć się bliżej, bo okazuje się, że ten upychany ludziom na siłę do głów schemat jest silnie weryfikowany przez rzeczywistość.
Małżeństwo jest instytucją, która powinna stać na straży moralności: ochrony wartości tradycyjnych, kultu wierności i monogamii, parasola ochronnego dla dzieci, które mają prawo do mamy i taty, do spokoju, dzieciństwa i dorastania w miłości oraz poczuciu bezpieczeństwa.
Jeśli ktoś stały związek postrzega jako klatkę, to jego osobista sprawa, natomiast upadek małżeństwa w skali całego społeczeństwa ciągnie lawinowo inne konsekwencje: kobieta i mężczyzna zamiast być drużyną, grającą do wspólnej bramki, zaczynają walczyć o indywidualne interesy, a tego nie można pogodzić ze spokojem i bezpieczeństwem. Dysfunkcyjna relacja, która nie jest w stanie oprzeć się na miłości i zaufaniu, nigdy nie stworzy właściwego podłoża do wychowania zdrowego psychicznie i emocjonalnie potomstwa, które będzie znało pozytywne wzorce, do których może się odwoływać. Nie ma rodzin idealnych, każda rodzina zmaga się z własnymi problemami, natomiast patologizacja rodziny to kluczowy problem, z którym mierzy się właśnie moje pokolenie – młodzież w Polsce jest podobno najbardziej konserwatywna w Europie i zaczyna dostrzegać błędy w wyborach swoich rodziców, odwołując się coraz silniej do zapomnianych tradycji przodków, pragnąc je przywrócić i odkurzyć sferę sacrum.
Małżeństwo w którym się rywalizuje jest już z góry skazane na porażkę. Ten stan ukształtował się przez uczynienie z rozwodu sprawy oczywistej, popularnej i szeroko dostępnej – feministyczne postulaty doprowadziły do otworzenia w podświadomości ludzkiej furtki: po co się starać, po co dobierać się precyzyjnie, po co się przywiązywać, skoro tak łatwo związek może się rozpaść, prawnie zostać zniszczonym, a ja będę musiał/a żyć jakoś sam. Ludzie w małżeństwie nie są już parą ukierunkowaną na wspólny sukces, lecz myślą jak sobie poradzić, kiedy małżeństwo się skończy. Na takim straszaku jest oparty cały system przymusu pracy kobiet, która traci relacje ze swoimi dziećmi, bo musi się zabezpieczyć na wypadek rozwodu – a skoro musi się zabezpieczyć, to feministki wykorzystują niszę do walczenia o kolejne i kolejne przywileje prawne dla kobiet, co skłóca płcie ze sobą jeszcze bardziej, zamiast spajać związek.
Otwarte związki, otwarte relacje, z byle kim, byle gdzie, byle jak i bez konsekwencji – kusząca oferta, ale chyba dla ludzi pustych w środku, bez emocji, bez uczuć i pragnienia budowania. Podejście typowo konsumpcyjne – nażreć się ile się da, bez inwestycji we wspólną przyszłość, bo jej może wcale nie być.

Kryzys męskości – jak feministki chcą, to tak będą mieć wszystkie kobiety

Link do obrazu

Obserwuję i widzę reakcje niektórych mężczyzn, którzy odpuszczają.
Odpuszczają kulturę osobistą, kurtuazję, szarmanckość, bycie gentlemanem.
Odpuszczają poprawne relacje z kobietami, nawet nie starają się o ich względy, nastawiają się na bycie zdobywanym, co się w zasadzie z całym “ja” mężczyzny kłóci.
Odpuszczają aborcję, bo skoro krzyczące feministki kreują taką rzeczywistość, to spoko – dają się uciszać, bo po co się wychylać.
Odpuszczają wychowanie własnych dzieci, bo z systemem nie wygrasz, bo otoczenie je zepsuje, bo czasy się zmieniły i silna ręka ojca już nic nie znaczy.

Słyszę to tak często, że chce mi się od tego rzygać. A jeszcze częściej słyszę, że to wina kobiet.
Niektórych na pewno, a nawet wszyscy wiemy jakich, natomiast nie jest to dla mnie – kobiety w to lobby się niewpisującej – żaden argument. Nie jest dla mnie uzasadnieniem “bo wszyscy tak robią”, “bo wszyscy tak mówią”. Prawda leży tam gdzie leży, a nie tam, gdzie wszyscy mówią, że leży. Prawdą jest zaś to, że mężczyzna który się poddał, jest już w zasadzie martwy, a z nim cała nasza cywilizacja.

Mężczyzna-wojownik to stary jak świat archetyp i to nie bez powodu.
Mężczyzna, który broni, zdobywa, podbija i walczy jest jedynym gwarantem tego, że kobiety w swej naturze gniazdownika będą miały możliwość tę zdobytą i chronioną przestrzeń zagospodarować. Kobieta-gospodyni to wizja szersza niż kuchnia – to, co przychodzi pierwsze na myśl. To architekt całego społeczeństwa, zaczynając od komórki rodzinnej – wydanie na świat potomstwa, dbania o domowe ognisko i rozwój emocjonalny dzieci – aż po charakter i więzy lokalnej społeczności. Nie jest to możliwe bez męskiej opieki nad społeczeństwem. To również w szerszym znaczeniu – ponieważ mężczyzna musi obronić wartości, by kobieta mogła je wprowadzać w życie, musi zadbać o przestrzeń dla kobiety. Ta kooperacja – zdrowa, zespolona trwałymi wartościami rodzinnymi, monogamią, wiernością i wzajemnym szacunkiem – gwarantuje społeczeństwu rozwój, właściwy kurs i ochronę od zepsucia.
Feministyczne postulaty nie są postulatami kobiet, choć sobie usiłują ten tytuł przywłaszczyć. Dlaczego kiedy mówi się o zwycięstwie zgniłej mentalności feminizmu/marksizmu wszystko sprowadza się do kobiet? Tak nie jest, nie one ten ruch wymyśliły, na pewno nie był to kolektyw, a takie pochopne zrzucanie winy budzi gniew i potęguje konflikt, na czym przecież temu ruchowi zależy.

Apel do mężczyzn jest bardzo prosty: musicie być silni. To mężczyzna jest tarczą, on ma trwać i ochraniać, a jeśli spotkają właściwą kobietę, której wartości pragniecie widzieć na ulicy, to ją musicie postawić na piedestale z transparentem “Takie Kobiety Chcemy”.

Poza feministkami i tradycjonalistkami jest wiele nieukształtowanych i niepewnych kobiecych dusz, podatnych na te podtrucia. Przy takim poziomie propagandy wystarczy, że raz się natnie i może być już spalona, a tego nie chcemy. Dla dobra nas wszystkich, wystarczy spojrzeć co pozostawimy po sobie kolejnym pokoleniom, czy będą miały do czego się odnosić nad przepaścią i o co walczyć. Czy w ogóle pozostawimy im świat, za który nam podziękują, czy nauczymy ich zdrowych, mądrych relacji, pokażemy jak się buduje rodzinę trwałą do grobowej deski jak i po śmierci – że w pewne obietnice wierzyć warto i że są one ważne, a w poszukiwaniu sensu życia wręcz kluczowe.
Mężczyźni muszą znowu walczyć o nasze idee – to może zniechęcać, bo to jest trochę jak ten Syzyf, męska walka nie kończy się nigdy. Wieczna warta, z pokolenia na pokolenie, nie doceniamy jej, dopóki mężczyźni swojego zadania nie porzucą “na złość kobietom”. Choć nie wiedzą sami, że robią krzywdę przecież sobie.

Feministyczne pragnienie mężczyzn

Źródło obrazu

Feministka jako działaczka w interesie kobiet nie występuje – jest to oczywiste. W założeniu musi działać wobec swojego kolektywu i swojej grupy interesów, co też widać jak na dłoni: ignorowanie postulatów przychylnych rodzinie i kobietom niezwiązanym z feminizmem, zaś prostowanie dróg każdemu, kto zechce ten schemat przyjąć i forsować.

Feministka jednak w głębi duszy resztki kobiecości musi posiadać i jeśli akurat nie jest lesbijką, to pragnienie mężczyzn również, nawet jeśli głęboko wyparty.

Należy pamiętać, jak wielkie pranie mózgu te kobiety przechodzą i jak bardzo ideologia wryła się w ich iluzję opresyjnej rzeczywistości. Rzadko mężczyźni zostają feministami pod wpływem szczęśliwych związków z wyzwoloną kobietą – często zostają nimi z wygody już na początku drogi, jeśli są nimi w ogóle (procent stosunkowo niewielki). Natomiast nierzadko kobiety spotykające w swoim życiu dobrego mężczyznę potrafią swój feminizm porzucić, ponieważ obcowanie z nim prostuje stopniowo wszystkie ubite do głowy treści. Wydaje mi się, że mężczyzna powinien umieć pokazać kobiecie, że nie musi być feministką – jeśli mu na tej relacji zależy. Ogólnie uważam, że w takiej problematycznej sytuacji dużo zależy od mężczyzny. Taka kobieta jest w duszy nieprawdopodobnie pokrzywiona – wystarczy posłuchać i dostrzec skalę nienawiści i żalu, którymi są karmione. Taki ból wyleczyć – to musi być trudna sztuka, ale nic nie leczy lęku i nerwicy bardziej niż poczucie bezpieczeństwa. Przypominam, że cała feministyczna ideologia opiera się również na próbie zabicia tego zaufania i bezpieczeństwa budowanego w związku poprzez parcie na życie egoizmem jednostki, niemożności zaufania nikomu poza sobą i dumie, która przecież nie pozwala na coś takiego jak oparcie w drugiej osobie. Samowystarczalność i niezależność na pierwszym miejscu. Rozwiązłość seksualna również dokłada swoją cegiełkę do zniszczenia umiejętności zbudowania stałej relacji.
Feministka również ma te potrzeby, głęboko zepchnięte. One narastają, czy to w samotności, czy w związku budowanym według feministycznego modelu – natomiast nie wierzę by taki związek 1:1, równościowy i nowoczesny był w stanie pradawne potrzeby bezpieczeństwa w ramionach drugiej osoby zaspokoić.

Ostatecznie, do czego zmierzam – feministki nienawidzą antyfeministek nie tylko przez fakt iż wyłamują się z utartego schematu żalu, nieszczęścia, nerwicy, smutku i płaczu, czy odnajdują szczęście w naturalnych rolach, ale też przez wzgląd na support mężczyzn, którym antyfeministki dysponują. Nawet na FP można zauważyć te zawistne komentarze dot. poparcia przez mężczyzn, zarzutów o “próbę przypodobania się”. Nasze opinie obnażają nasze kompleksy. Brak zrozumienia u mężczyzn i zaburzony proces ekonomicznej, efektywnej kooperacji między płciami rodzi tę zazdrość. Dostrzeżenie jej nie jest trudne, wystarczy się przyjrzeć – jak bardzo boli feministki ta aprobata, lecz nie dla nich.

Myślę, że u wielu sfeminizowanych kobiet te potrzeby nie będą nigdy zagrzebane dostatecznie mocno – zawsze będą źródłem tej zazdrości, która jest uczuciem mogącym zniszczyć bliski związek, a co dopiero podzielić obcych ludzi. Karmiona frazesami będzie je wypierać zwiększoną determinacją zarówno w kwestii kneblowania innych kobiet jak i zgnojenia mężczyzn, których mieć nie może. I to nie do końca jej wina – lewica bazuje na prymitywnych, negatywnych uczuciach, ale w sposób sprytny: ubiera je w szaty mniejszego zła, farbuje tak, by ta kobieta nie musiała wstydzić się za ten infantylizm (bo wierzę, że gdyby była tego świadoma, to by się wstydziła).
Lewica działa trochę jak Szatan – takie porównanie mi się przypomniało. Szatan nie nakłania nas do złego poprzez obnażanie prawdy o nim. Jako ojciec kłamstwa powołuje się na inne nasze lęki i pudruje prawdziwy efekt konsumowania tego zła.

Tak samo lewica grzmi – o darmowej antykoncepcji dla wszystkich: wtedy ta biedna dziewczyna nie zajdzie w ciążę, to chyba lepiej dla niej i tego dziecka, które się nie pojawi prawda?
Nie mówi o złu bezsprzecznego ubezwłasnowolnienia innych na rzecz tej kobiety i grabieży pieniężnej.
A to tylko jeden przykład.
Moja konkluzja, już kończąc: feministki pragną mężczyzn. Tak bardzo, że czasem aż z rozpaczy chcą się nimi stać.

Kobieta w patologicznym związku – wina faceta, a jak

Link: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,115167,22145992,9-na-10-zon-alkoholikow-trwa-przy-swoich-mezach-natomiast-9.html

 
Wpadł mi w ręce dość stary twór naczelnych polskich rakówek.
Od tematu kobiet, które mają częściej trwać w patologicznych związkach niż mężczyźni, płynnie przechodzimy w wynaturzony coaching egoizmu.
Przeczytałam w tym artykule, że mniej mężczyzn pozostaje w takich związkach, ponieważ są “niedostosowani do opiekowania się innymi”.
Te feministyczne paradoksy – podczas gdy cały konserwatywny świat walczy o to, aby przywrócić stan mężczyzny-męża-ojca-opiekuna-wojownika, te kobiety walczą o prawo facetów do znieczulicy i jeszcze potem na ten fakt narzekają, kiedy okazuje się to nieprzydane i niewygodne.
I tak prawdę powiedziawszy, cała teza jest błędna: mężczyźni są kulturowo dostosowani do opiekowania się rodziną, do zajmowania się bliskimi i dbaniem o ich byt. To feministkom bardzo ten stan rzeczy przeszkadzał i postanowiły się wtrącić, biorąc na swój garb co się da, przy akompaniamencie jęków i stęków na ciężki los.
I jeszcze albo przekonały mężczyznę, by tak uważał, albo on sobie na takiej propagandzie dla nieszczęśliwych kobiet zarabia.
Wątek, który pojawił się później, zaskoczył mnie totalnie: zaczęto przyrównywać opiekę nad każdym innym chorym do współuzależnienia. Okazało się, że opieka nad ciężko chorym rodzicem czy dzieckiem jest takim samym problemem i należy się od tego odciąć. Padają fantastyczne frazesy: o potrzebach, indywidualności, własnym życiu, planach i marzeniach. Powiem tylko jedno: nie chciałabym ciężko zachorować w pobliżu autora tego tekstu.