Jak ludzie mogli być zdolni do holocaustu? – SPRAWA ALFIEGO EVANSA

Jako dziecko i nastolatka byłam zapaleńcem historii – do dziś jestem, choć hobbystycznie, nie skupiając się na datach, raczej chłonąc wydarzenia, akcję i analizując rezultaty. II wojna światowa była dla mnie tematem fascynującym przez pewien czas – na etapie nieświadomości. Taka fascynacja skalą okrucieństwa i ciekawość granicy ludzkiego zła jest chyba dość typowa dla bardzo młodych ludzi, których wyobraźnia ogranicza się do abstrakcji – przeszłości, w poczuciu względnego bezpieczeństwa, w braku wizji zagrożenia. Takie osoby nie zawsze umieją przełożyć konkluzję na to, co ich otacza, bo po prostu świat jeszcze za mało znają, za mało rozumieją – nie rozumieją polityki, prawdziwych ludzkich intencji, wydaje im się, że rozumieją, a tak naprawdę odbija się to od nich jak echo przeszłości. Zrozumienie przychodzi z wiekiem, kiedy dociera do nich, że nie jesteśmy wolni od przeszłości, w każdej chwili może powrócić.

Osobiście dostrzegam paradoks wiedzy współczesnego człowieka: wcale nie chroni go przed wpadaniem w te same pułapki. To trochę jak z “To nie był prawdziwy komunizm”. Zdawałoby się, że jeden holocaust wystarczy by zrozumieć jak cienka potrafi być granica pomiędzy człowiekiem jako podmiotem a przedmiotem. Jak niewiele w nas brakuje, aby z sacrum uczynić profanum – to się nie odbywa od razu. Powoli: dehumanizacja ludzkiego płodu, selekcja przeznaczonych do życia i do śmierci, wypaczenia pojęć “dobra” i “zła” przez mierzenie ich skalą użyteczności, a nie moralności, która również staje się przeżytkiem. Nihilizm, antynatalizm, pochwała egoizmu – nowe cnoty wpajane kolejnemu pokoleniu.
Człowiek w swej wyższości nad zwierzęciem jest zdolny do zapanowania nad swoimi prymitywnymi odruchami – jest wyposażony w sumienie (moralność) i poczucie wstydu/winy, jako osobisty kompas wskazujący do tej moralności drogę. Daje sygnał, kiedy zbaczamy z dobrej ścieżki. Cała kultura zbudowana jest na wychowaniu w poszanowaniu tych dwóch elementów – zwierzęta ich nie mają, dlatego są zdolne do wszystkiego. Człowiek może je jednak skutecznie wyciszać lub wypaczać, stopniowo modyfikując podstawy swojej moralności wraz z wyzbywaniem się poczucia winy/wstydu. Mam wrażenie, że współczesny człowiek nie wie, jak ważne to elementy ludzkiej natury – to smycz, która pozwala nam nie zgubić samych siebie.

Tak wyzbywamy się poczucia winy/wstydu za haniebne zajęcia: nie wiń mnie za prostytucję. Nie wiń mnie za aborcję. Nie wiń mnie za mój alkoholizm. Nie wiń mnie za zdradę. Zdejmijcie ze mnie ten wstyd i poczucie winy – często tylko to jest blokadą przed posunięciem się do wielu okropności. Do okropności można zaś się posunąć jeśli zostaną odpowiednio zracjonalizowane – aborcja z biedy, alkoholizm z depresji, zdrada za zaniedbanie. Czy to czyni te występki bardziej usprawiedliwione, mniej złe? Jedyną sytuacją w której można zracjonalizować okropieństwo jest samoobrona, siebie lub bliskich. Jak widać i to staje się wypaczone – dla niektórych lekarstwem na chorobę (samoobroną) staje się śmierć.

Dobro i zło mierzone użytecznością przybiera różne formy – komunizmu, narodowego socjalizmu, holocaustu. W pewnych przypadkach dochodzi do tak skrajnego rozmycia tych pojęć, że poczucie wstydu/winy się po prostu wyłącza, a z nim cała empatia. Pozostaje kategoryzowanie, czy chłopcu w śpiączce należy podać pożywienie, zajmuje łóżko i przestrzeń, tak jak kiedyś Żydzi i każdy kto im pomagał zajmowali “niemiecką przestrzeń życiową”. Do tego być może uda się sprzedać organy dzieciaka, i tak umrze, nie będzie się skarżył. I tak nie mówi. W ostatecznej kalkulacji kiedy wyciszyć siebie, to te pieniądze to zapłata jak każda inna, w końcu to wymiana dóbr. Będą użyteczne, w przeciwieństwie do tego dziecka, prawda?

Jeśli nie chodzi o zwykłe wyciszenie humanitaryzmu dla zysku, można zdiagnozować problem dużo głębiej: w faktycznym zniszczeniu moralności ludzkiej przez antynatalizm – ideę zaprzeczającą sensowności istnienia. Skoro istnienie traci sens, to również sama walka, a zatem staje się niepotrzebnym wysiłkiem, który można zaniechać – przecież to rozsądne i… dobre.

Abstrakcją był dla mnie kiedyś holocaust – idea zabijania ludzi, bo przestali spełniać nasze kryteria użyteczności kwalifikujące ich jako osoby ludzkie/dostrzegając ich większą użyteczność jako trupy. Byłam przekonana, że do czegoś takiego ludzi trzeba zmusić. Dziś już nie mam złudzeń – odpowiednio zmanipulowana osoba tresowana do odrzucenia moralności i poczucia winy jest gotowa w zasadność dowolnych antyludzkich i antykulturowych postulatów uwierzyć. Paradoks współczesnego człowieka: tyle wie, a w sumie nie wie nic, bo jest gotowy nadal dopuszczać się holocaustu na ludziach, którzy stracili ludzką miarę w jego oczach. Po trochę: Charlie Gard, Alfie Evans. Tylko nie wie, że jutro, kiedy straci przytomność i wyczerpie się jego użyteczność, raz, dwa, trzy, zamordowany będziesz Ty.

Link obrazka