Co mi dały feministki – OSWAJANIE PROSTYTUCJI

O handlowaniu seksem i seksualizacji już pisałam – oswajanie prostytucji to tylko kolejny jej objaw. Co jak co, ale bardzo nielogiczne jest to, że to właśnie feministki, które ukoronowały się na strażniczki praw i godności kobiet propagują jako normalne kupczenie ciałem.

Pornobiznes jest bardzo dochodowy i szybko przekonały się o tym również feministki. Niekoniecznie sama praca tam przekonała je do propagowania treści zupełnie sprzecznych z ideami emancypantek (po raz kolejny) – nikt nie broni interesów lobby pornograficznego za darmo, jak zwykle, nie myśląc o konsekwencjach. Jakoś tak się okazało, że bycie feministką można szybko przekuć na korzyść takiej działalności – wystarczyło obrócić to w kilka haseł na temat dysponowania własnym ciałem, wpleść jakiś sztandar antyklerykalizmu i dać powąchać trochę grosza, a idea stała się jakoś bardziej atrakcyjna. Dla feministek, nie dla zwykłych kobiet.

Nie twierdzę, że wszystkie prostytutki są ze swojego stanu rzeczy niezadowolone – na pewno może być to forma leczenia jakichś kompleksów a w przypadku zwyrodnienia lub nieposiadania kręgosłupa moralnego, zaniku odpowiednich wzorców, może się ta praca wydawać zajęciem jak każde inne. Pytanie, jak bardzo sobą samym trzeba gardzić, by dawać innym używać się jak rzecz? Być może ci ludzie sami nie czują się wartościowi, stąd nie wiedzą, ile tracą sprzedając to, co powinno być sferą sacrum – swoją intymność.

Co taka postawa może dać zwykłym kobietom?
Normalizowanie prostytucji i twierdzenie, że zadowolenie z takiej pracy nie jest przejawem zaburzenia działa na niekorzyść kobiet, które wplątały się w bardzo trudną sytuację życiową i nie mogą wrócić na dobrą drogę (z różnych przyczyn). Przede wszystkim tworzy to niszę dla wyzysku ofiar: przekonanie o normalności prostytucji będzie powodowało, że coraz więcej osób ubogich i w trudnej sytuacji będzie się tego zajęcia chwytać. Przecież to praca jak każda inna – do tego nie potrzeba wykształcenia, zawodu, na ulice darmozjadzie!
Tymczasem sfera seksualna powinna pozostać wolna od przymusów i patologii – każdy ma prawo do poszanowania jego seksualności i intymności, kilka takich urazów może skutkować problemami psychicznymi/emocjonalnymi na lata, a akceptacja społeczeństwa dla krzywdy ludzkiej w białych rękawiczkach (oby za jakąś kasę) nigdy nie powinna mieć miejsca, jako demoralizująca i pogłębiająca patologię.

Czy jeśli mogę ostatecznie zawsze zostać prostytutką to czy w takim społeczeństwie warto robić cokolwiek innego?
Warto być lekarzem, prawnikiem, pielęgniarką, pisarką, wynalazcą, dźwigać ciężary? Od społeczeństwa płynie jasny komunikat – wystarczy wyzbyć się wstydu, godności osobistej i obrzydzenia a można mieć wszystko. Obawiam się, że niedługo takie rady będą padały w stronę samotnych matek i osób w trudnej sytuacji życiowej. Ciekawa jestem, jaka będzie korelacja wówczas tego zjawiska z falą samobójstw? Człowiek nie jest z kamienia, ma warstwy intymności i jego zdrowie psychiczne wymaga dla niej szacunku – to, że osoby zaburzone i zwichrowane umieją się jej wyrzec nie czyni z prostytucji normalnego zajęcia a wręcz przeciwnie, bo pokazuje skalę problemu osób się nią parających.

 

Drogie feministki – gdzie w seksworkingu jest kobieta? Gdzie jest jej godność, wnętrze, wartość, intelekt i siła?
Czy coś jeszcze z tej kobiety pozostaje, poza tą malowaną przez Was namiętnie waginą?

Źródło obrazu

Kryzys męskości – jak feministki chcą, to tak będą mieć wszystkie kobiety

Link do obrazu

Obserwuję i widzę reakcje niektórych mężczyzn, którzy odpuszczają.
Odpuszczają kulturę osobistą, kurtuazję, szarmanckość, bycie gentlemanem.
Odpuszczają poprawne relacje z kobietami, nawet nie starają się o ich względy, nastawiają się na bycie zdobywanym, co się w zasadzie z całym “ja” mężczyzny kłóci.
Odpuszczają aborcję, bo skoro krzyczące feministki kreują taką rzeczywistość, to spoko – dają się uciszać, bo po co się wychylać.
Odpuszczają wychowanie własnych dzieci, bo z systemem nie wygrasz, bo otoczenie je zepsuje, bo czasy się zmieniły i silna ręka ojca już nic nie znaczy.

Słyszę to tak często, że chce mi się od tego rzygać. A jeszcze częściej słyszę, że to wina kobiet.
Niektórych na pewno, a nawet wszyscy wiemy jakich, natomiast nie jest to dla mnie – kobiety w to lobby się niewpisującej – żaden argument. Nie jest dla mnie uzasadnieniem “bo wszyscy tak robią”, “bo wszyscy tak mówią”. Prawda leży tam gdzie leży, a nie tam, gdzie wszyscy mówią, że leży. Prawdą jest zaś to, że mężczyzna który się poddał, jest już w zasadzie martwy, a z nim cała nasza cywilizacja.

Mężczyzna-wojownik to stary jak świat archetyp i to nie bez powodu.
Mężczyzna, który broni, zdobywa, podbija i walczy jest jedynym gwarantem tego, że kobiety w swej naturze gniazdownika będą miały możliwość tę zdobytą i chronioną przestrzeń zagospodarować. Kobieta-gospodyni to wizja szersza niż kuchnia – to, co przychodzi pierwsze na myśl. To architekt całego społeczeństwa, zaczynając od komórki rodzinnej – wydanie na świat potomstwa, dbania o domowe ognisko i rozwój emocjonalny dzieci – aż po charakter i więzy lokalnej społeczności. Nie jest to możliwe bez męskiej opieki nad społeczeństwem. To również w szerszym znaczeniu – ponieważ mężczyzna musi obronić wartości, by kobieta mogła je wprowadzać w życie, musi zadbać o przestrzeń dla kobiety. Ta kooperacja – zdrowa, zespolona trwałymi wartościami rodzinnymi, monogamią, wiernością i wzajemnym szacunkiem – gwarantuje społeczeństwu rozwój, właściwy kurs i ochronę od zepsucia.
Feministyczne postulaty nie są postulatami kobiet, choć sobie usiłują ten tytuł przywłaszczyć. Dlaczego kiedy mówi się o zwycięstwie zgniłej mentalności feminizmu/marksizmu wszystko sprowadza się do kobiet? Tak nie jest, nie one ten ruch wymyśliły, na pewno nie był to kolektyw, a takie pochopne zrzucanie winy budzi gniew i potęguje konflikt, na czym przecież temu ruchowi zależy.

Apel do mężczyzn jest bardzo prosty: musicie być silni. To mężczyzna jest tarczą, on ma trwać i ochraniać, a jeśli spotkają właściwą kobietę, której wartości pragniecie widzieć na ulicy, to ją musicie postawić na piedestale z transparentem “Takie Kobiety Chcemy”.

Poza feministkami i tradycjonalistkami jest wiele nieukształtowanych i niepewnych kobiecych dusz, podatnych na te podtrucia. Przy takim poziomie propagandy wystarczy, że raz się natnie i może być już spalona, a tego nie chcemy. Dla dobra nas wszystkich, wystarczy spojrzeć co pozostawimy po sobie kolejnym pokoleniom, czy będą miały do czego się odnosić nad przepaścią i o co walczyć. Czy w ogóle pozostawimy im świat, za który nam podziękują, czy nauczymy ich zdrowych, mądrych relacji, pokażemy jak się buduje rodzinę trwałą do grobowej deski jak i po śmierci – że w pewne obietnice wierzyć warto i że są one ważne, a w poszukiwaniu sensu życia wręcz kluczowe.
Mężczyźni muszą znowu walczyć o nasze idee – to może zniechęcać, bo to jest trochę jak ten Syzyf, męska walka nie kończy się nigdy. Wieczna warta, z pokolenia na pokolenie, nie doceniamy jej, dopóki mężczyźni swojego zadania nie porzucą “na złość kobietom”. Choć nie wiedzą sami, że robią krzywdę przecież sobie.