Macica Kobiecie Macicą – JAK POWSTAŁA WROGINI

Wpis ma charakter wybitnie satyryczny i będzie dotyczył osobistych doświadczeń obcowania po przeciwnej stronie barykady – trochę o tym, jak narodziła się Wrogini Kobiet.

Feminizm w przestrzeni publicznej kreowany jest na ruch, który w swej wspaniałomyślności dba o interesy kobiet.
Interesy kobiet.
To jest temat na inny wpis zatem nie będę go rozwijać, dodam jedynie, że to wątek bardzo rozległy i tak dwojako przez rozbieżne środowiska rozumiany, że aż na śmiech bierze.

Pomoc wzajemna kobiet, motywowana takimi hasłami jak: “W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie pomagały innym kobietom” M. Albright, dotyczy wpisywania się za wszelką cenę w sposób myślenia i postępowania jasno nakreślony przez ideę feminizmu. Dlaczego? Bo to feministka ma być nowym wzorem kobiecych cnót, ambicji, przymiotów i nowych zachowań, zarówno dla wszystkich kobiet jak i dla mężczyzn. I 60+ innych płci. Aby ten proces się dokonał, konieczne było przekonanie kobiet, że są z natury stawiane w gorszej sytuacji i dlatego należy im się więcej od mężczyzn w ramach sprawiedliwości i dążenia do zrównania tego dysonansu, a w końcowym stadium mogą absolutnie porzucić dotychczasową formę kobiecości, na rzecz nowej – lepszej – feministycznej.

Nie będę zajmowała się rozmontowywaniem na części pierwsze tego błędnego od podstaw założenia, przejdę do meritum: mężczyzna jest naturalnym przeciwnikiem kobiet i im bardziej będzie się bronić, tym bardziej będzie utwierdzał feministki w słuszności ich idei. Jeśli nie będzie się bronił, to też, ot taka logika. Niefeministyczna kobieta jest zaś czymś stokroć bardziej niebezpiecznym – jest patogenem w organizmie nowego ładu, który trzeba zwalczyć: albo wyleczyć, albo zniszczyć, innej drogi nie ma. Aby to zrobić, należy ją przedefiniować: zbrojne ramię patriarchatu, kura domowa, nieszanująca siebie zdrajczyni. Wróg. W żargonie feministycznym: Wrogini.

Czym się taka Wrogini w ujęciu feministycznym różni od “normalnej kobiety”, czyli feministki?
Nie słucha się. No nie i koniec. Bóg jeden wie, czemu, choć na pewno nie istnieje i wariatka go sobie wymyśliła, żeby jej było jakoś raźniej w tym bagnie w którym brodzi, zwanym małżeństwem lub życiem rodzinnym, jak kto woli.
Nie słucha się, choć feministki chcą dla niej dobrze: chcą ją przestawić na feministyczne myślenie, by zrozumiała jak opresyjny jest wobec niej świat i dlaczego jej życiowe szczęście jest nieuzasadnione. Chcą ja zmusić do pójścia do pracy, nie tylko dlatego, że praca czyni wolnym, ale też po to, żeby miał kto na urlopy, zasiłki, dodatki, daniny, podatki, dotacje i granty robić – sami faceci nie wyrobią, a skoro chcemy je dostawać, to ktoś robić musi. Chcą jej pokazać, jak to nie warto mieć rodziny i się szczególnie na niej skupiać, bo osobiste doświadczenia feministek pokazują, że rodzina jest do dupy i nie ma czegoś takiego jak bezwarunkowa miłość i troska – musiałby się znaleźć jakiś odpowiedzialny i wierny facet, ale wśród gwałcicieli gdzie takich szukać? Państwowa emerytura – tylko to się liczy. Feministki chcą dać Wrogini aborcję, żeby wreszcie mogła zrzucić z siebie brzemię męskiego plemnika, które się bezkarnie w jej ciele rozpycha – Boga nie ma, ty nim jesteś, uświadom to sobie, sobie. Feministki walczą, żeby Wrogini nie tylko wybrała sobie wreszcie słusznego pana, bo lepiej, żeby eksploatował cię feminizm, a nie jakiś patriarchalny cieć spod znaku heteronormatywności, ale zrozumiała, że należy go hodować, jak bezglutenowe mięsko z tofu.

Tyle feminizm chce dać, a ona nie chce – pomiot patriarchatu.
Feministki tłumaczą sobie to na różne sposoby, raz łagodniej, raz ostrzej: przez lęk od opuszczenia swoje kata-mężczyzny, taki sztokholmski syndrom, po głupotę i definicyjnie mniejszą liczbę szarych komórek niż feministka, która je miałaby dostawać w prezencie, pod warunkiem, że się bezrefleksyjnie do idei dostosuje i nie będzie ich specjalnie używać.

Feminizm wie, że czas przekonywania się skończył i musi dojść do ostatecznego rozwiązania kwestii Wrogiń Kobiet na całym świecie. Należy je zwalczać: demokratycznie i z poszanowaniem ekologiczno-aborcyjnego systemu odebrać im prawo do głosu, wyciąć z debaty publicznej, zapędzić do kuchni i tam po lobotomii zostawić aż doczekają resztki swoich dni jako nie-kobiety, byle nie rozsiewając zarazków dalej, bo wtedy będzie trzeba wysłać Antifę z Rafalalą, żeby zrobili porządek.

Wrogini nie zasługuje na feministyczny szacunek, bo nie chce wyrazić poparcia dla aborcji, prostytucji czy zmiany prawa na rzecz lobby feministycznego: należy jej zatem życzyć gwałtu, chorego dziecka, faceta, który z definicji będzie ją bił i pił oraz całego zestawu cierpień, o których rozczytują się namiętnie studentki feministycznego tańca eksperymentalnego w Gazecie Wyborczej.

Wrogini sobie żyje, ma się dobrze, ale nie tkwi bezpiecznie od lat na dnie Rowu Mariańskiego – żyje i uprzykrza feministkom życie.

Zachęcam do dania znaku, żem dotrwał do końca.

Źródło obrazu

Co mi dały feministki – NORMALIZACJA POWAŻNYCH ZABURZEŃ

Feminizm powinien przestać wreszcie być postrzegany jako ruch prokobiecy – jest to ruch profeministyczny i antykobiecy. On nie realizuje postulatów właściwych kobietom, lecz idee konkretnych lobby, z którymi ma zbieżne interesy: tak samo lobby LGBT nie sprzyja homoseksualistom, a tym, którzy na wykorzystywaniu naiwności konkretnych osób zarabiają, lobby proaborcyjne nie sprzyja kobietom, lecz dostarcza klinikom przychodów, lobby gender nie sprzyja osobom zagubionym – pogrąża ich w niejasnej sytuacji pod pretekstem “bycia sobą”, dosłownie tworząc sobie konsumentów treści, które sprzedają. Feminizm to biznes dla naiwnych, ukryty pod płaszczykiem wielkiej idei i warto zdawać sobie z tego sprawę.

Natomiast może okazać się bardzo niebezpieczny dla społeczeństwa z powodu normalizacji poważnych zaburzeń, na które cierpią niektórzy wyznawcy ideologii gender.

Ze zdumieniem oglądam reportaże o osobach, które każdego dnia budzą się i utożsamiają się z inną płcią – czy to kobietą, czy mężczyzną, czy 60+ z wymyślnych nazw, których nawet w Polsce chyba jeszcze nikt nie rozszyfrował (szukałam!). Jestem zażenowana, że telewizja z takich zaburzeń robi sensację i wraz z lobby gender utwierdza tych nieszczęśników w przekonaniu, że ich stan jest normalny, zdrowy a wręcz pożądany. Takie osoby nigdy nie będą szukały dla siebie ratunku, pomocy, terapii. Stają się w swoim środowisku celebrytami na których trzepie się kasę, a to jak się czują, kiedy ustają brawa i gratulacje, już nikogo nie obchodzi.

Jasna tożsamość płciowa jest niezmiernie ważna. Jeśli nie umiem jej określić, to czy umiem określić jasno KIM JESTEM? Płeć i seksualność jest niezbędną częścią składową naszej psychiki – te zwichrowania rzutują na całe życie: jeśli nie wiem ostatecznie kim jestem, to jak mam wiedzieć DOKĄD ZMIERZAM i JAKI MAM CEL? Tylko odpowiedź na fundamentalne pytanie może pozwolić mi na przejęcie kontroli nad moim życiem.

Jeśli ktoś bardzo chce zmienić płeć, jest dorosły i za siebie odpowiedzialny to niech to zrobi – nic mi do tego, natomiast niech nie traktuje swojego stanu jako naturalny i normalny, a już tym bardziej nie próbuje przekonać reszty społeczeństwa, że są chorzy.
Cała lewacka propaganda oparta jest na rozpaczliwej próbie udowodnienia, że ktoś tu komuś zabrania być szczęśliwym – do tego stopnia, że musisz skonsumować, przyswoić i wtopić się w jedyną słuszną wizję szczęścia, nawet (a może zwłaszcza!) przez akceptację zachowań rozumianych w społeczeństwie jako patologicznych, czyli np. nieumiejętność jasnego określenia się kim jestem. Dochodzimy do etapu kwestionowania namacalnego stanu rzeczy w imię ideologii, czy biologicznych aspektów płci i tożsamości na rzecz wydumanych pragnień. To się nie może skończyć dobrze – osoba utwierdzania w przekonaniu o słuszności swoich działań nigdy nie stanie na nogi, nigdy nie spróbuje dojść do sedna problemu. Tu już nawet nie chodzi o zmianę płci – lecz o osoby, które w całej ideologii gender szukają wyjaśnienia dla swoich zaburzeń psychicznych, których nie da się uzasadnić logicznie nawet ideą. Te osoby są jawnie i w białych rękawiczkach krzywdzone, bo społeczeństwo daje przyzwolenie na ich zagubienie i poklepywaniem po plecach nie pozwala wziąć się za siebie.

Paradoks gender polega na tym, że wszystkie reguły wydają się pisane jakby na kolanie, choćby przez pryzmat takiej Rafalali, która pragnie być kobietą i jak sama mówi – jest kobieca i kobietą się czuje: przywdziewa kobiece ubrania, nosi długie włosy i makijaż, podczas gdy samo gender i LGBT krytykuje utożsamianie płci z jakimikolwiek konkretnymi przymiotami i “konstruktami społecznymi” jak ubiór, styl czy nawet same cechy płciowe. Gender jako niebezpieczna idea powstał tylko po to, by kreować konsumentów dla samej siebie, nie dla owych wyznawców. Jest sprzeczna u samych podstaw: propaguje idee bezwzględnej równości przy jednoczesnym określaniu z góry kto jest ofiarą a kto jest oprawcą w “opresyjnej rzeczywistości”, posługuje się hasłem “wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi” z jednoczesnym wyemancypowaniem “inności” – rozumianej w sposób stronniczy i krzywdzący dla każdego, kto nie chce otworzyć się na narzucane mu dziwactwa.

Dziękuję za uwagę i proszę o sygnał w komentarzu od tych, którzy dotarli do końca.

Źródło obrazu